Publicystyka

Jak Rada Kobiet i Stowarzyszenie Za Wcześnie histeryzowały i chciały zablokować wolność słowa, ale przegrały

Kompromitacja. Tak można w skrócie określić totalnie niepowodzenia, które ostatnio zaliczyła rybnicka lewica

Założenia komuny – w różnych wydaniach – są oczywiście pozornie piękne, bo wolność słowa jest dla wszystkich. Owszem – ale pod jednym warunkiem: że mówisz to, co akurat podoba się lewicy. Jeśli masz inne poglądy, jeśli protestujesz przeciwko aborcji, jeśli stajesz z transparentem pod biblioteką, wtedy nagle kończy się opowieść o demokracji, tolerancji i „otwartości”. Wtedy zaczyna się polowanie z nagonką. Na szczęście lewica polować nie potrafi, bo myśliwych nie lubi, więc wyszło im (delikatnie mówiąc) średnio.

To właśnie wydarzyło się w Rybniku po pikiecie środowisk pro-life przed biblioteką podczas Babskiego Combru organizowanego przez Rybnicką Radę Kobiet i środowiska związane z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet.

Mechanizm był prosty i bardzo charakterystyczny dla współczesnej lewicy. Najpierw organizuje się wydarzenie ideologiczne z udziałem osób publicznie promujących aborcję. Potem, gdy pojawiają się przeciwnicy z legalnym protestem, uruchamia się aparat nacisku: doniesienia, skargi, próby publicznego napiętnowania i żądania kar dla radnych, którzy mieli czelność pojawić się po niewłaściwej stronie sporu.

I właśnie tutaj ukazuje się cała hipokryzja środowisk mieniących się postępowymi.

Bo przecież ci sami ludzie od lat powtarzają, że demokracja polega na prawie do wyrażania poglądów. Organizują marsze, manifestacje, happeningi, krzyczą o prawach kobiet, o wolności wyboru, o pluralizmie. Ale gdy ktoś wyraża poglądy konserwatywne – nagle okazuje się, że to już przemoc, mowa nienawiści, zagrożenie dla demokracji albo nieobyczajny wybryk.

Sprawa zemsty na radnych – głównie Andrzeju Sączku – pokazała coś jeszcze bardziej niepokojącego. Próbowano wywołać polityczny lincz tylko dlatego, że uczestniczył w legalnej pikiecie. Domagano się konsekwencji, nagan, śledztw. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo zabrakło podstaw prawnych. Ale sam fakt uruchomienia tej machiny mówi bardzo dużo o tych ich nieludzkich intencjach.

To przejaw cenzury. Uniemożliwienie krytykowania sprawy, która budzi fundamentalny sprzeciw moralny wielu Polaków – mówił o tym poseł Roman Fritz

To już nie jest zwykły spór światopoglądowy. To próba wyznaczania granic tego, co wolno mówić publicznie. Najbardziej ironiczne jest jednak to, że środowiska, które dziś najgłośniej krzyczą o wolności, same coraz częściej stosują metody rodem z najgorszych epok politycznej presji. Jeden z mieszkańców trafnie podsumował to słowami:

Jak komuna, która wróciła z duchem stalinowskiego zamordyzmu na salony.

Mocne? Owszem. Ale trudno nie dostrzec pewnych analogii.

Bo czym różni się współczesne publiczne napiętnowanie przeciwników od dawnych prób eliminowania ludzi z życia publicznego? Dziś nie wysyła się nikogo do więzienia za poglądy. Zamiast tego próbuje się niszczyć reputację, wywoływać medialne nagonki, uruchamiać instytucje i wywoływać społeczny ostracyzm.

To właśnie jest nowoczesna cenzura.

Co ciekawe, lewica uwielbia protestować. Protest kibiców? Demokracja. Protest feministek? Demokracja. Protest ekologów? Demokracja. Ale protest pro-life? Skandal, zagrożenie, zawiadomienia do prokuratury. Podwójne standardy w najczystszej postaci.

Dziś celem są konserwatyści i środowiska pro-life. Jutro może być nim każdy, kto odważy się mieć inne zdanie niż aktualnie obowiązująca linia „postępowego” salonu. A historia wielokrotnie pokazywała, że gdy zaczyna się dzielenie obywateli na tych, którym wolno mówić, i tych, których trzeba uciszyć – kończy się wolność. Dla wszystkich. Potem otwierają łagry.

Cała ta polityczno-medialna histeria zakończyła się jednak spektakularną klęską środowisk proaborcyjnych. Najpierw próbowano wywołać nacisk na Radę Miasta Rybnika, domagając się ukarania radnego Andrzeja Sączka za udział w legalnej pikiecie. Potem pojawiły się zawiadomienia i oczekiwanie, że prokuratura rozpocznie śledztwo, jakby udział w manifestacji pro-life był już niemal działalnością przestępczą. Efekt? Żaden. Rada Miasta nie zdecydowała się na żadną naganę czy polityczny pokazowy proces, a prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa, nie dopatrując się znamion czynu zabronionego. I właśnie to jest dla lewicy najbardziej bolesne – zderzenie ideologicznej histerii z rzeczywistością prawa. Okazało się bowiem, że w Polsce nadal można mieć poglądy konserwatywne, można publicznie bronić życia i można protestować przeciwko środowiskom promującym aborcję. Mimo prób medialnego linczu, mimo presji i prób wywołania atmosfery strachu, państwo nie potwierdziło narracji o groźnych ekstremistach. Został za to ogromny polityczny blamaż tych, którzy chcieli zrobić z legalnego protestu sprawę dla prokuratora.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button