Janusz Piotrowski

Kulturkampf z Martą Lempart w tle

Jestem katolem z wyboru – pewnych rzeczy nie wyniosłem z domu. Na przykład zaledwie kilka lat temu mój spowiednik uczył mnie modlitwy Aniele Boży, Stróżu mój. Bywa

W każdym razie jako ciemnogród powinienem mieć problem z ludźmi postępowymi. Nie mam. Znaczy się mam – nie mam, to różnie bywa, bo z drugiej strony drzemie jeszcze we mnie mój punkowy rodowód z alternatywnego trzeciego obiegu. Taki pozornie absurdalny miszmasz.

Jednej mojej znajomej z pracy, która te wszystkie nowinki światopoglądowe łyka jak pelikan i Barbara Nowacka byłaby nią zachwycona, opowiadałem o pewnej Siostrze Zakonnej, która jest jednym z najlepszych terapeutów uzależnień w kraju.

Mam nadzieję, że jest neutralna światopoglądowo! – wypaliła moja postępowa koleżanka z pracy

Dostałem ataku śmiechu, bo wyobraziłem sobie od razu Siostrę w tęczowym habicie i zamiast krzyża na piersi kolorową pacyfką ściągniętą z awatara na Platformie X od Zbigniewa Hołdysa. Terapia uzależnień typu New Age z energią wprost z kosmosu.

Tymczasem w Rybniku dym, bo zaproszono Martę Lempart do biblioteki na Dzień Kobiet. Ja się dziwię wszystkim innym katolom oraz ludziom z prawej strony, którzy gorliwie protestują przeciw temu, bo przecież biorąc pod uwagę jej kulturę żywego (w dosłownym tego słowa znaczeniu) słowa i jak ona rozpocznie od zawołania dzięki któremu się wywindowała, to ten panel dyskusyjny skończy się szybciej niż zacznie. A ja z kolei będę najszczęśliwszym punkiem w okolicy. W dodatku mam świetny plan, by to wykorzystać. Tutaj się zwracam do szanownego gremium, które postanowiło ubogacić nasze życie kulturowe ściągając Martę Lempart do Rybnika. Proszę mi bowiem wierzyć na słowo, że to nie jest autonomiczna decyzja dyrektor biblioteki Aleksandry Klich (jestem lojalny wobec abiturientów I LO imienia Powstańców Śląskich i tematu nie rozwinę). Otóż jeżeli już z Urzędu Miejskiego w Rybniku uczyniono miękkie lądowisko dla różnych spadochroniarzy – wpierw z Raciborza, potem z Gliwic, a niektórym nawet z samej 100-licy – to może też stały etat dla pani Marty?

Idąc tym tokiem myślenia wpadłem na pomysł… baru piwnego przy Zabytkowej Kopalni Ignacy. Mam nawet propozycję nazw – Bar Barzyńca lub Pub Bieda (ostatnie czytać z rosyjskiego). Taki archaiczny skansen górniczy, gdzie pierwszą zasadą byłoby brak obowiązywania jakichkolwiek zasad. Żadne tam piwko w cienkim szkle, ale w ciężkim kuflu jak kiedyś bywało, żadnej zmywarki, ale mycie w zlewie i wcale nie powiedziane, że pod bieżącą wodą. Można byłoby również siarczyście przeklinać, palić, pluć na podłogę, lać się po mordzie i nie podnosić deski w kiblu. I ona – w fartuszku za bufetem trzymająca żelazną ręką ten cały bajzel za pysk. Raj na ziemi!

Jedyną regułą od której nie byłoby odstępstwa, to wznoszenie toastów przy gremialnym okrzyku

Wyp…….ć!

Wyobraźcie sobie zorganizowaną grupę autokarową zadowolonych emerytów niemieckich naprędce uczących się z kartki tego polskiego wykrzyknika. To by z kolei leciało w ten sposób:

Wyp…ć! Prost!

Do tego wszystkiego można by również aplikację na Androida stworzyć lub kamerkę on line, tak jak stworzono dla do zabytkowej kopalni, ale chyba niestety tylko w darknecie. Bylibyśmy jednak prekursorami. To jest naprawdę świetny pomysł by Kopalnię Ignacy w końcu ożywić – cały świat by zjeżdżał. A już na pewno angielscy kibice (kibole są tylko polskie).

Ilekroć oglądam plakaty i obwieszczenia rybnickich placówek kulturalnych, to podprogowo w czaszce mi huczy Kazik Na żywo:

…Wszyscy artyści to prostytutki
W oparach lepszych fajek, w oparach wódki
Trzecia Rzeczpospolita, Polska Ludowa
To samo od nowa, to samo od nowa…

Wciąż te same twarze i hamulcowi ich propagujący. Wszystko wtórne. Ci sami dotowani artyści, propagowani autorzy, literaci dbający o poprawność, aktorzy z zaprzyjaźnionych stacji telewizyjnych, te same mdlące laudacje, spijanie sobie z dzióbków, konkursy z wynikiem wiadomym. Towarzyszy temu żałosny brak głodu poznawczego. Najlepszym tego dowodem czytelnia w bibliotece, gdzie nie uświadczysz innych periodyków jak tylko te jedynie słuszne uznane przez włodarzy i dyrektor biblioteki (ponoć) publicznej. Tym sposobem ludzie sami mianujący się elitą tego miasta są również wykastrowani z chęci poszukiwania, konfrontacji swoich poglądów z wizjami innymi – już we wszystkim oświeceni, ale leniwi, bo podane na tacy, co czytać, oglądać, głosić i wyznawać. Ogląd świata rozpoczęty i zakończony na świeckich dogmatach. A idzie nowe, gdzie trzeba będzie samodzielnie myśleć, logicznie analizować, czuć, wykazywać się zrozumieniem, wrażliwością oraz empatią. Każdy urzędniczy kulturkampf żałośnie się kończy i nie wnosi do kultury czy sztuki absolutnie niczego nowego. Przemija bez echa. Ten wasz rybnicki – zwracam się dalej do gremium ubogacającego nasze życie publiczne – też chyli się ku schyłkowi. Z tym, że zalatuje – smrodek nazywa się obciach. A wy, moi mili Państwo, tego nie czujecie zamknięci w grupowej bańce fałszywego przeświadczenia własnej wyjątkowości.

Mówi się, że zły nie ma kolan. Więc ja się nie wstydzę swych wytartych na kolanach spodni, ilekroć klęczę na Nabożeństwach do świętego Antoniego – patrona ukochanego Rybnika – prosząc byście w końcu zaczęli rządzić i gospodarzyć, a nie robić tylko doświadczenia.

P.S. Uwaga Konkurs!

Osobie, która przetłumaczy meritum oraz przesłanie tego czegoś załączonego na zdjęciu, co majaczy w krzakach przy wejściu do biblioteki publicznej w Rybniku przy Szafranka, stawiamy wraz z redakcją ROW.info darmową wejściówkę na monodram w wykonaniu Krystyny Jandy pod tytułem Danuta W. – bo się pewnie powtórzy, tak jak się właśnie powtarza socrealizm (ale lepszy, bo europejski).

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button