Pies ArReg nie żyje

Samo wyrzucenie obroży i pustej już miski to łatwizna. To walka z chorobą była niełatwa, ten ciągły emocjonalny rollercoaster. Ale pięknie żeśmy walczyli. Jak dwóch zgranych kumpli
Pies ArReg to był ten pies. Psy mam od zawsze, ale to był ten wyjątkowy. I jedyny. Dziś wiem to na pewno. Na ulicy miałem kiedyś poważne scysje idące do bójki – raz z pijanym kolesiem, a drugi z pobudzonym (cholera wie czym) kierowcą. Każdy owczarek w takiej sytuacji rzuca się na agresora. Ale nie mój pies, bo odwrócił się do mnie, podniósł, kładąc mi przednie łapy na piersi, patrząc mi w twarz, i zdawał się powiedzieć:
Janusz chodźmy stąd – nie warto.
Zrobił to dwa razy więc żadnego przypadku. Miał swoje dziwactwa – z rozpędu wskakiwał do łóżka lub na kanapę i się przytulał całym ponad czterdziestokilogramowym cielskiem. Jak człowiek. Albo łeb kładł na kolana by tak trwać. Mamę tym zwojował. Budził mnie też często około 1:00 lub 2:00 w nocy i przez dziesięć minut rozbawiony po uszy opowiadał radośnie wyjąc jak minął mu dzień. Zawsze wtedy patrzyłem cały zaspany z niedowierzaniem jak na szaleńca. Wpasował się w moich kolegów, którzy już też pochyleni, ale jak co do czego, to zawsze pierwsi.
Całe życie z wariatami.
Mój pies nawet jak już ledwo chodził, to też do dymu z innymi psami był pierwszy. Mamy naprzeciw ulicy weterynarza, a przed jego przychodnią mały skrawek zieleni, który nazwałem Skwer Zadymy. To tam było obszczekiwanie innych czworonogów i leciało mniej więcej w ten sposób:
No cho no tu cieciu z trzeciego rzędu! Cho no tu! Co robisz na moim terenie?!
ArReg został odebrany jako dwulatek z domu, gdzie wygrały używki. Znajomi pod włos brali mnie tanimi tekstami typu:
Janusz, będzie miał u ciebie jak w raju.
Po miesiącu tych jęków zgodziłem się na jeden tylko spacer na którym momentalnie zorientowałem się, że ten pies nigdy nie był w lesie. Pokroiło mi serce w plastry i tak został ze mną. Poprzedni właściciele trzymali go w domu wypuszczając tylko na chwilę by załatwił swoje potrzeby. To spowodowało, że zwyrodniały stał się kręgosłup i walczyliśmy z bólem przez ponad cztery ostatnie lata. Znosił to dzielnie z tym swoim humorem, chęcią życia, wciąż żywymi oczami i nieodzowną pluszową maskotką w pysku. Końcówka jednak to było jedynie krążenie wokół domu, co dwie godziny, aż przyszło niedzielne popołudnie i mojego psa zaczęło odcinać. To był ten nieuchronny moment, by nie pozwolić aby choroba go sponiewierała.
Wczesnym poniedziałkowym rankiem pojechaliśmy z bagażnika pożegnać jeszcze las, a potem do weterynarza. Sam zabieg eutanazji, kiedy trwałem przy nim nieprzerwanie głaszcząc i mówiąc był słyszał mój głos, był do zniesienia. Tak należało. Szanuję się za tę decyzję, i będę się szanował. Ale najgorszą chwilą było, kiedy musiałem już po wszystkim obrócić się na pięcie i zostawić mojego psa na metalowym, zimnym i bezdusznym stole.
Przepisy epidemiologiczno/sanitarne. Ponoć. Zrobiłem wszystko by coś nie odbyło się kosztem godności mojego psa by w końcowym efekcie zderzyć się z prawem, które akurat godzi w moją godność. Uniemożliwiono mi męską powinność, ażeby owinąć mojego Przyjaciela w wojskową kurtkę M65 Alpha Industrie (co kosztuje dupilion złotych na Vinted), bo na nią zasłużył, tak by nikt nie widział go w takim stanie, i pochować go tak jak się należy. Oddać lasu, który tak pokochał.
Gdy opadł kurz mojego gniewu zagłębiłem temat i natrafiłem na coś takiego:
…W obliczu straty warto pamiętać, że emocje nie powinny przesłaniać obowiązujących przepisów – ochrona środowiska i zdrowia publicznego wymaga przestrzegania jasno określonych zasad.
Przepraszam, ale o jakich wy zasadach mówicie? Wam się coś mocno chrzani. Jesteście na tak krótkiej smyczy wszelkich korporacji, banków, tych wszystkich majętnych grup wpływu, na jakim krótkim dystansie ja akurat nigdy nie trzymałem mojego własnego psa. Po prostu stworzyliście nowy biznes z obowiązkową opłatą, krematoriami, cmentarzami, urnami, a nawet nagrobkami dla zwierząt (sic!). O jakich emocjach śmiecie mówić? My kochamy nasze zwierzęta – to są uczucia, czyli sfera wyższa, a nie jedynie emocje, które zawsze szybko przemijają. Emocje nawet teraz mi nie towarzyszą, gdy piszę te słowa. Zabraniacie pochowania zwierząt w naszych własnych ogródkach i naszych (jeszcze) lasach i jesteśmy tym nielicznym krajem na świecie, gdzie twierdzicie między innymi, że toksyczne substancje służące do eutanazji zwierząt mogą potem przedostać się do wód gruntowych i je skazić. Cóż za wzruszająca troska o środowisko – a jakże! Jakież to znów zgrabne. Kłamstwo w nasze żywe oczy i nieżywe już oczy naszych zwierząt. W trutkach na szczury, którą sypiecie po miastach bez opamiętania i umiaru jest jeszcze większy toksyczny syf o zbliżonym składzie i jakoś nie widać ażebyście zbierali do kremacji truchła gryzoni zdychających w bezpośrednim otoczeniu ludzi. No bo komu zapłacić za kremację szczura?
Bezczelni hochsztaplerzy ze swoimi paragrafami, ustawami, kodeksami, rozporządzeniami, detektywami, uchwałami – całym obecnie quasi prawnym szlamem. Ja mam naprawdę ochotę w ślad za moim psem obszczekać was od cieci z trzeciego rzędu. A także od skończonych frajerów tych, którzy dają wiarę w te załgane pseudo ekologiczne bzdury.
Tak więc z mocą wraca do mnie mój młodzieńczy bunt, dobrze mi znany, bo jak wtedy, tak i teraz, ten komunizm jest oparty na systemowym kłamstwie, gdzie wszystko w społecznej architekturze przeciwko mnie – człowiekowi. Wbrew moim prawom, osobistej wolności, potrzebom, przeciwko mojej kreatywności. Jak się okazuje również w jawnej kontrze do moich najwyższych uczuć.
Znów czuję łapy mojego ArReg’a na klatce piersiowej ze wzrokiem:
Janusz nie warto.
Do trzech razy sztuka- mój ukochany psiaku.
P.S. Każecie sprzątać po swoim psie – właśnie posprzątałem!




A muskam dzisiaj nie płakać 😪 Piękny felieton!Chyba najbliższy mojemu sercu psiary.