Tysiące pięknych ludzkich witraży. Janusz W. Piotrowski na 140 rocznicę Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku

Kiedyś było inaczej. Stąd ludzie z miasta brali warzywa, owoce, kwiaty by nimi obdarować kobiety, lub przyozdobić swoje domy, kupowali mleko dla swych dzieci, chleb i bułki ze szpitalnej piekarni na śniadania, nabywali wykonane w szpitalnych warsztatach stoły i krzesła, by mieć na czym zjeść te posiłki
Wszystko krążyło wokół pracowitego poranka – nie tylko szpital wcześnie wstawał. Stąd przedwojenna nazwa Zakładu Psychiatrycznego. Tutaj ludzie z miasta oprawiali książki w introligatorni, drukowali poranną prasę w przyszpitalnej drukarni, by czytać ją u fryzjerów, gdzie pachniało mydłem do golenia i świeżą od tych gazet drukarską farbą. Żołnierze, co potem słonecznego września poszli się bić, tutaj ze swoimi oficerami modlili się wraz z pacjentami na wspólnych Mszach w dziwnej Kaplicy, która nie ma witraży. Surowej jak surowe żołnierskie życie. I jak surowy bywa każdy kryzys. Żołnierze i pacjenci pokładali wiarę w Boga, który srogi nie jest. Dlatego potrafili walczyć – żołnierze o Polskę, a pacjenci o zdrowie.
Aż minęło wszystko – z Wiśniowca został tylko strzęp, mały, zamknięty ogrodzony skrawek wzgórza. Ludzie zapomnieli o ludziach pozostawiwszy ich samym sobie. Samotność w chorobie nie tylko jednego człowieka. Tak wzgardzony i zapomniany szpital stał się najlepszą częścią miasta. Nie musisz tutaj zamykać samochodu, przypinać roweru, w skuterze możesz spokojnie kluczyk zostawić w stacyjce na cały dzień. Ludzie są sobie bezinteresowni, czego kupić nie można żadną walutą, gdy miasto za murem, czy też wszystkie miasta za wszystkimi murami świata, teraz jedynie kupuje i jedynie sprzedaje. Pędzi przy tym na złamanie karku zajęte wyłącznie sobą. Świat pełnego talerza to jednak egoizm.
Pamiętasz jak byliśmy dziećmi i w większości biegaliśmy, tylko od czasu do czasu bawiąc się w drobne kroczki zwane tip topami? Ze zdrowieniem jest na odwrót – wpierw nauczysz się właśnie powolnych, małych kroków, by dopiero potem spróbować truchtem ruszyć do przodu. Bardzo ostrożnie, bo największą pułapką może okazać się właśnie sukces. Pozorny absurd. Przysposobienie sobie mozolnie upływającego czasu jest wymagające, bo przeszkadza mu spotęgowana niecierpliwość – nawyk wzięty zza muru. Lecz pojmujesz szacunek do powolnego przemijania. A tym samym szacunku do siebie. Może być, że pierwszy raz w życiu. Nikt nie obieca, że to łatwa nauka. Wiem – ciężko. Ciężko się poddać choćby terapii… leczeniu. Lecz spójrz, co to za poddanie. Wynika z Twojej woli. Bywa, że z wolnego wyboru. Ze świadomości – tego sztuczna inteligencja nawet nie dostanie. Jesteś człowiekiem – z całym bagażem tego stwierdzenia.
Wyjątkowość tego miejsca stanowi jednak zgoła coś innego bowiem tutaj ludzie się wzajemnie wspierają. Wszystkie miasta za wszystkimi murami świata o tej pomocy już zapomniały. Ludzie porzucili się nawzajem, wydają się być archipelagiem osobnych wysp. Wsparcie to zbędny archaizm, jak zbędna wydaje się czasami miłość. Przewrotność kryzysów porzuconych i zamkniętych zza szpitalnymi murami polega na tym, że doświadcza przeważnie osób wrażliwych. Tym, którym miłość obca nie jest, lecz cierpią zawsze na jej deficyt. Wsparcie jest owocem wrażliwości. I jest piękne. Nieskalane, bo ludzie naprawdę doświadczeni dzielą się wszystkim, choć przeważnie sami niewiele już mają. Posiadają jednak swoje historie. Zawsze niełatwe. Ale… Każdy niesie świętą opowieść – arabskie przysłowie.
Zdrowienie to tęsknota za tym, co było przedtem – przed chorobą. Jawi się błogi, niewinny czas szczęśliwości przed kryzysem. Chęć powrotu do normalności. Ale wszystkie miasta za wszystkimi świata murami potraciły zasady i zmienia się ta ponoć norma. Nikt już nie wie, dokąd to zmierza. W świecie cyfr coraz mniej miejsca na humanizm, coraz trudniej zobaczyć drugiego człowieka, a i słowa coraz bardziej odejmowane od ciała. Szaleńcze tętno pulsujących żył na skroni, nie zaś rytm bicia serc. Więc wszystko zaczyna tracić swój pierwotny sens i mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedyś było jednak inaczej.
Nie jest jednak tajemnicą, że odrzucony kamień zawsze zostaje kamieniem węgielnym. Tajemnicą pozostanie, dlaczego Stwórca tak to Sobie upodobał. Więc może by zadać pytanie: czy jest jeszcze za czym tęsknić? Czy naprawdę warto? Bo może lepiej zbudować wszystko nowe, oparte na rzeczywistości ludzi z przeceny ze wzgardzonego szpitala. Ludzi, którzy potrafią się wspierać. Jeden drugiego. Prawda jest taka, że kiedy chorujesz na grypę, anginę, zapalenie płuc albo oskrzeli, lub jesteś tylko przeziębiony, to zdrowiejąc wracasz jedynie do normy – stanu poprzedniego. Kiedy jednak zdrowiejesz z kryzysu stajesz się inny. Nowy. Zawsze lepszy.
Tak jak ten szpital spokojniejszy od reszty miasta i większości tego, co za wszystkimi murami świata.
Pozostaje jeszcze kwestia witraży. One zawsze z zewnątrz jawią się jako bezkształtne bohomazy. Ich przesłanie można dostrzec dopiero, gdy wejdzie się do wnętrza. Zrozumienie wymaga zagłębienia. To też wynika z woli.
Zza murami szpitala choć surowych, jednak tysiące pięknych ludzkich witraży.



