Historia

Jak też będę wyglądał z cygarem?

Trzydziesta pierwsza część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej


Zarobione w kopalni pieniądze oddawałem co do feniga matce. Tak robił ojciec. Matka zwykle wzruszała się do łez na widok położonych przed nią pieniędzy. Nie zastanawiałem się nad tym, czy to były łzy radości, czy też łzy współczucia. Przypuszczalnie jedne i drugie.

– Wszystko mi oddajesz?
– Wszystko.
– A nie chcesz to sobie nic zatrzymać?
– Nie.
– A dyć mogą ci się przydać. Zatrzymaj sobie parę fenigów!

Matka wtedy oddawała mi część zarobku do wyłącznej mojej dyspozycji. Podziękowałem i zgarnąłem je do kieszeni bez protestu.
– Może się przydadzą.
– Toć ci się przydadzą, synku! Narobiłeś się tyle, to kup sobie, co ci się podoba.

Chodziłem więc z pieniędzmi w kieszeni i myślałem, co by sobie za nie kupić. Czasem wstąpiłem do karczmy i wypiłem sobie piwo. Tak czynili inni koledzy. Czasem kupiłem sobie papierosów. W tym wieku, po trzynastym roku życia, uchodził niepalący za coś małowartościowego, za coś godnego pośmiewiska.

– Kto nie kurzy, nie pije, nie sznupie, ten się równa kurzej d….

Porównanie było zupełnie dyskwalifikujące. Któż by chciał równać się kurzej d….? Nikt. Ja także nie. Nie mogę powiedzieć, żeby mi papierosy smakowały. Przeciwnie. Widziałem w nich coś wstrętnego. Zapalałem je tylko wtedy, kiedy musiałem, to znaczy w towarzystwie.

– Widziałeś, jak on kurzy? – szturchał jeden drugiego wskazując na mnie. – Marnuje papierosy. Puszcza dym Panu Bogu w okno!
– Nie umie zaciągnąć! Dobrze robi! Jeszcze by mu dym uciekł nogawicą i matka by miała dodatkowe pranie.

Pokazali mi, jak to trzeba palić. Jak to trzeba wciągnąć dym głęboko w płuca, zatrzymać jakiś czas, potem wypuszczać powoli: trochę przez nos, trochę ustami, zwyczajnie, kółeczkami, tak i siak.
Pożegnałem się pod pozorem, że mi bardzo śpieszno, bo ktoś na mnie czeka. W drodze myślałem sobie:

– Hm! Wielcy mi bohaterzy! Umieją dym wciągać w płuca! Dym od papierosa. Co to jest dym od papierosa? Nic. To każdy umie! Co tam dla mnie papierosy! Pokażę wam co innego!

Po drodze wstąpiłem do karczmy, wypiłem sobie piwo i kupiłem dwa cygara.

– Cygara? Jakie? – pytała karczmarka.
– Takie lepsze!

Dostałem dwa cygara. Drogie były. Ale to nic.

– Papierosy prawie wszyscy palą, a cygara tylko lepsi ludzie. Kto pali cygara? Ksiądz proboszcz, pan rektor, nauczyciel, pan Amtsvorsteher, pan leśniczy i niektórzy lepsi Polacy. Czemu nie mam raz być lepszym?
Wyszedłem sobie spacerkiem na drogę za kościółkiem. Było już po nieszporach. Droga pomiędzy kościółkiem a cmentarzem była w niedzielę po południu dosyć uczęszczana. A o to właśnie chodziło. Niech mnie widzą ludzie. Nie jestem przecież zwyczajnym palaczem papierosów. Jestem coś lepszego! Palę cygaro.

Widziałem, że palacze przed zapaleniem cygara odgryzali jeden koniec. I wypluwali go ze wstrętem. Uczyniłem tak samo. Na wstrętną minę nie potrzebowałem się wysilać. Wstrętna mina ułożyła się sama. Cygaro smakowało wstrętnie. Potem je zapalałem. Długo, dostojnie i dojnie. Dojnie, to znaczy, że płucami wciągałem w siebie powietrze i dym. Nie chcąc, by mi znowu ktoś przygadał, albo nawet tylko pomyślał sobie o mnie, że nie umiem palić, jak się należy, wciągałem dym w płuca, a może i w żołądek, trzymałem go tak długo, jak to tylko było możliwe, potem wypuszczałem dym nosem i ustami.
Nie mogę powiedzieć, żeby to sprawiało przyjemność. Przeciwnie, to budziło we mnie niesmak. Nieraz łzy wciskały się w oczy i wylewały po policzkach. Musiałem je dyskretnie wycierać. Niekiedy dym powodował krztuszenie się, co było szczególnie nieprzyjemne, bo mogło wywołać u przechodniów drwiące uwagi. Czasem aż oczy wysadzało mi na wierzch. Ale to wszystko kładłem na karb swojego niedoświadczenia.

– Niech jeno wypalę kilka cygar! Zobaczycie jak to pójdzie sprawnie!

Gdy zbliżali się przechodnie, wsadzałem cygaro do ust, pociągałem mocno i wypuszczałem dym przez nos tuż przed nimi, żeby zauważyli. Głowę zadzierałem do góry, robiłem zblazowaną minę, patrzyłem niby to na chmury, ręce zakładałem wtył, za plecy i naśladowałem w chodzie kogoś z najdostojniejszych. Najczęściej księdza proboszcza.

– Muszę wyglądać dostojnie z tym cygarem! – wmawiałem sam w siebie.

Przechodnie mogli być odmiennego zdania. Pewnej chwili zdawało mi się, że dwaj robotnicy, starsi i poważni, minąwszy mnie, rozmawiali ze sobą:

– Widziałeś? – pytał jeden.
– Widziałem. – odpowiadał drugi.
– Od ziemi go nie widać, mleko jeszcze ma na wargach, a cygaro do zębów bierze.
– Co to wyrośnie z takiego dziecka!

Dalszej ich rozmowy już nie słyszałem. Zrobiło mi się trochę głupawo.

– Jakże to? Cygaro sobie zapaliłem i nic mi lat nie przybyło? To niemożliwe!

Popatrzyłem na palące się cygaro. Czwartą część już wypaliłem. Podniosłem je znowu do ust, bo z naprzeciwka zbliżały się dwie kobiety. Puściłem dym. Nosem, ratami. Potem z ust kółeczkami. Kobiety jakoś nie umiały ocenić mojej sztuki puszczania dymu. Spoglądały na mnie z politowaniem.

– Widzieliście? Smarkocz! W głowie mu się wywróciło! Cygaro kurzy!
– Widzę, widzę! – odpowiedziała druga, potem zwróciła się wprost do mnie: – A spodnioki zawiązali ci mamulka?! Nie? To jeno prędko uciekaj do domu, bo będziesz miał termedyje!
– A co was to obchodzi!? – odburknąłem obrażony.
– Obchodzić nie obchodzi. Ale wstyd by mnie było, gdyby twoje czarne trzewiki zrobiły się nagle żółte. No i chusteczki-ch sobie nie zabrała. Nie miała bych czym nosa zatkać.
– A toście mu powiedzieli zdrowo do rozumu! Ha, ha, ha! – cieszyła się druga.

Nie odpowiedziałem już nic. Poszedłem sobie. Złość mnie brała. Wstyd!

– Głupie baby! Same nie kurzą, to i drugim nie życzą! – wytłumaczyłem sobie usprawiedliwiająco. Ale robiło mi się coraz bardziej niewyraźnie, coraz bardziej głupio. Ogarniało mnie takie uczucie, jakto kiedyś, gdy zjadłem coś nieświeżego i później musiałem wymiotować. Nie tylko żołądek, ale i głowa meldowała, że jej nie dobrze. Spojrzałem na cygaro. Blisko połowa cygara zamieniła się już w popiół. Strzepnąłem popiół małym palcem.

– Palić jeszcze, nie palić? – myślałem przez chwilę, ale żołądek przez swoje mdłości dopominał się zaprzestania palenia. Głowa też.
– Dość tego na dzisiaj! – postanowiłem i zgasiłem cygaro. Równocześnie zrobiłem w tył zwrot.

Kierowałem się ku domowi. Matka stała koło kościoła z jakąś kumoszką i żywo z nią rozmawiała. Wszedłem na schody. Na schodach uczułem nagle skurcz żołądka. Pociemniało mi równocześnie w głowie. Obawiałem się, że padnę na schodach. Przyśpieszyłem więc kroku, odszukałem klucz, odemknąłem drzwi z największym pośpiechem i pobiegłem w stronę wiadra. Był największy czas. Coś chlusnęło ze mnie do wiadra. Gdybym był spóźnił się o ułamek sekundy, wszystko to leżało by na podłodze. Ale żołądek nie zadowolił się jednym chluśnięciem. Skurczał się jeszcze kilka razy, powodował straszliwe boleści, dźwigał mi wnętrzności do samego gardła, do ust, a czasem nawet wyrzucał jeszcze coś do wiadra. Wypluwałem jakieś kleiste, wstrętne i śmierdzące resztki, i trzymając się za brzuch jęczałem:

– Ojej! Ojej! Ojej! Już nie mogę! Upadnę! Zemdleję! Umrę! O Jezu!

Pot wystąpił mi na czoło, na szyję i na plecy. Bałem się, że upadnę. Powaliłem się na nierozebrane łóżko. Leżałem długo cierpiąc i jęcząc. Odechciało mi się wszystkiego.

– Jakie to wstrętne! To rzyganie! Pfuj! Z czego to mogło przyjść? Czyżby z cygara? Pewnie! Paskudztwo! Ciekawym, czy księdzu proboszczowi też się coś podobnego zdarza. Albo tym drugim! Brrr! Co za paskudztwo!

Na schodach rozległo się ciche i powolne stąpanie. Od czasu do czasu schody zatrzeszczały. Wiedziałem, że matka idzie.

– Ho! Drzwi otwarte! Janek już w domu! A gdzież to jesteś? – obejrzała się po izbie. – Leżysz? A cóż ci to? Choryś? – zbliżyła się do mojego łóżka.
– Chory! – odpowiedziałem cicho i odwróciłem się do ściany.
– A cóż ci to? – dopytywała się troskliwie matka.
– Musiałem coś zjeść niezdrowego.
– Zjeść? A cóż by? Przecież jadłeś to, co i ja. Mnie nic nie jest! Zwracałeś?
– Tak.
– A może zjadłeś co? Albo wypiłeś? – badała matka. Nachyliła się ku mojej twarzy. – Piłeś! Czuję piwo! I kurzyłeś! Czuję dym od cygara.

Spojrzała mi w kieszeń zewnętrzną marynarki. Wystawało z niej całe cygaro. Pomacała rękę. Wymacała połówkę. Wyciągnęła ją.

– Kurzyłeś. Cygaro kurzyłeś. Synku, to pewnie od tego! Za młodyś, za młodyś jeszcze, synku. Widzisz, coś to sobie narobił. Nie broniłabych, nie. Zarobisz, zakurz sobie! Lepiej cygaro, niż papierosy. Powiem ci, żech nawet była rada, jak nieboszczyk, twój ojciec, zakurzył sobie w domu cygaro. Lubię wąchać dym cygar. Fajfczyska nie cierpiałam. Nie znosiłam. Dusił mnie dym z fajfki, ale dym z cygar mnie nie dusił. Sama nieraz kupiłam nieboszczykowi cygara na niedzielę. Ale widzisz, synku, tobie cygaro szkodzi! Nie każdemu służy. Tobie szkodzi! Za młodyś, za młodyś jeszcze! Poczekaj, dam ci natronu1. Pomoże ci. A to, żeś wymiotował, to nic. To dobrze. Nawet lepiej. Zatrułeś sobie żołądek. Dobrze, iż to wyrzucił. No, napij się natronu, napij! Zaraz zrobi ci się lepiej!

Wypiłem posłusznie wodę z natronem. Ale wcale nie zrobiło mi się zaraz lepiej. Jeszcze długo miałem bóle i w żołądku, i w głowie. Rozebrałem się i położyłem się na dobre do spania.

– A wieczerzy nie będziesz to jadł? – pytała matka.
– Nie.
– A do roboty budzić cię rano?
– Obudźcie!

Następnego dnia jeszcze nie czułem się dobrze. Nie miałem apetytu. Napiłem się tylko czarnej kawy, bez cukru, władowałem przygotowany chleb do kieszeni. I poleciałem do roboty.

– Myślałem, że jak zakurzę cygaro, to będę wyglądał nie wiem jak! A tu ani mi lat nie przybyło! Ani powagi! Ani “pańskości”! Ani dostojności! Za to nałykałem się wstydu! I kpin ludzkich! I popsułem sobie żołądek! I zatrułem organizm! I narobiłem bólu głowy! I zapaskudziłem wiadro wymiotami! Brrr! Na samo wspomnienie tego chce mi się na nowo rzygać! Niech sobie koledzy kpią jak chcą. Nie chcę już ani cygar, ani papierosów! Głupi bym był wydawać krwawo zarobione pieniądze na takie paskudztwa! Głupi, bezdennie głupi musiał być ten, który wymyślił przysłowie o kurzej d…. . Trzeba to zmienić!
Pomyślałem chwilę. Przestawiałem wyrazy tak i siak. Wreszcie powiedziałem:

– Tak może być: Kto kurzy, pije i sznupie, ten się równa kurzej d….! Pewno, że to lepiej pasuje. I bardziej jest zbliżone do prawdy. Zupełnie słusznie! Aż mnie wstyd, że dałem się uwieść tak głupiemu przysłowiu. Przecież moje przysłowie jest znacznie mądrzejsze. A kurzej d…. nie chcę i nie będę się równał. Jeśli chcą, niech się równają inni! Ja nie będę!!
Cygara podarowałem komuś, o którym wiedziałem, że chętnie je pali i że mu nie zaszkodzą.

– A ty nie zapalisz ze mną?
– Nie.

1Tj. wodorowęglanu sodu, sody oczyszczonej. Prawdopodobnie w śląskim stosowano tu czysty germanizm.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button