Historia

Jak niemiecki ksiądz Franz odbudował klasztor rudzkich cystersów

Ryszard Kapuściński zauważył, że pogranicze wydaje dwa rodzaje ludzi: albo otwartych, albo fanatycznych

Powyższe spostrzeżenie zapisane w Lapidariach jest autorstwa otwartego człowieka z pogranicza – z białoruskiego dzisiaj Pińska. O wielkości R. Kapuścińskiego świadczy Heban, jedna z najważniejszych książek świata o Afryce. Kto czytał, wie dlaczego. Górny Śląsk również jest pograniczem i dlatego wydaje ludzi wyjątkowo małych, jak również wyjątkowo wielkich. Kulturowe pogranicze Górnego Śląska nie pozwala na ignorowanie wpływu wielkich kultur narodowych: polskiej, niemieckiej, czeskiej czy żydowskiej i to w ramach tych kultur, dzięki fenomenowi pogranicza, jest możliwy fanatyzm albo otwartość. Otwartość na co? Na drugiego człowieka i wspólne z nim działanie mimo różnic kulturowych.

Bardzo szybko zrozumiał to Franz Kurzeja (1920-2016), nieco później zrozumiał to Adam Kocur (1894-1965), pobratymiec Franza z tej samej ulicy.

Niedługo ukaże się biografia Franza Kurzei autorstwa ks. Przemysław Pawlaka. To dobry znak, bo pora wywołać na publiczny widok tę postać, bo zawsze jest nadzieja, zwłaszcza na pograniczu, że dobre przykłady inspirują. Poza tym chyba wszyscy mieszkańcy Górnego Śląska mają tej postaci sporo do zawdzięczenia, również ci, którzy kiedyś wyjechali do Niemiec. Sporo wskazuje na to, że Franz Kurzeja był inspiracją i szarą eminencją odbudowy pocysterskiego opactwa w Rudach – religijnej, historycznej i kulturowej perły Górnego Śląska. Był on tak cichy i pokorny, że trudno znaleźć jednoznaczne dowody na powyższą tezę, ale przesłanki są poważne. Pokora Franza Kurzei wynikała zapewne, między innymi, ze świadomości, że wielkie przedsięwzięcia nie są zasługą jednego człowieka a całych rzesz ludzkich. I to prawda. Zawsze jednak musi być ktoś, kto wykrzesze pierwszą iskrę.

Od czego się zaczęło? Trudno do końca powiedzieć. Urodził się w Kuźni Raciborskiej w 1920 roku. Jakiś czas później w miejscowości trwały przygotowania do trzeciego powstania śląskiego, bo podczas plebiscytu w 1921 roku 731 mieszkańców głosowało za Niemcami a 736 za Polską. W tamtym czasie bliski sąsiad Franza Kurzei, Adam Kocur, rozgoryczony żołnierz niemiecki z czasów I wojny światowej był już radykalnym zwolennikiem ucieczki od Niemiec i budowy państwa polskiego. Bił się w trzecim powstaniu, potem został komendantem Policji Województwa Śląskiego i pierwszym prezydentem Katowic. Atmosfera powstań jeszcze nie zdążyła ostygnąć a dekadę później umysły i serca zaczął rozpalać niemiecki nacjonalizm. Franz Kurzeja był przekonany, że konflikty są drogą donikąd i nie chciał się opowiadać za żadną ze stron. Szukał jakiegoś pola na którym dałoby się ich uniknąć. Dobrym miejscem do rozmyślań była pobliska, pocysterska siedziba książąt raciborskich w Rudach. Młody Franz pokochał mury dawnego opactwa miłością bezwarunkową. Zawarł znajomość z miejscowym proboszczem, zaczął studiować reguły benedyktyńsko-cysterskie i po maturze w raciborskim gimnazjum postanowił wstąpić do wrocławskiego seminarium duchownego, by zostać księdzem. Wybuchła jednak kolejna wojna i mimo studiów Franz Kurzeja został wysłany w mundurze Wehrmachtu na front wschodni. Dostał się do niewoli i pod jej koniec znalazł się w obozie jenieckim we Włoszech, niedaleko Monte Cassino. Mógł wstąpić do polskiego wojska, ale tego nie zrobił. Pochodził z przedwojennej niemieckiej części Górnego Śląska w której Polska była bytem epizodycznym. Prawie nikt z jeńców Wehrmachtu pochodzących z tamtych stron nie wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w przeciwieństwie do do jeńców z przedwojennego polskiego Górnego Śląska. Ci ruszyli ławą do armii Gen. W. Andersa, bo dla nich, po dwudziestu latach istnienia, Polska nie była bytem epizodycznym. Franz Kurzeja widział pod Monte Cassino pochówki swoich pobratymców: jedni z nich zostali pochowani na cmentarzu niemieckim, ci drudzy – na polskim.

Franz Kurzeja zgłosił się jako jeniec niemiecki do odbudowy benedyktyńskiego klasztoru na Monte Cassino. Podczas prac zwaliła się na niego ściana gruzu. Uniknął wtedy śmierci po to, jak stwierdził, by zostać benedyktyńskim mnichem. Jego dużo starszy kolega z ulicy, Adam Kocur mierzył się wtedy również z życiowymi decyzjami. Po wojnie znalazł się na Zachodzie. Nie mógł wracać do ludowej Polski, bo w najlepszym wypadku czekałoby go tam więzienie albo marginalizacja. Jego Polska przegrała dwa razy. Po raz pierwszy w 1939, po raz drugi 1945 roku. Adam Kocur wstąpił w Rzymie do seminarium duchownego i w 1951 roku został księdzem. Franz Kurzeja był na jego prymicjach w benedyktyńskim habicie i z nowym zakonnym imieniem – Adalbert. Duchowni przyjaźnili się i korespondowali ze sobą przez długie następne lata. Franz Kurzeja został benedyktyńskim mnichem w tysiącletnim opactwie Maria Laach w Niemczech na kolejnym pograniczu swojego życia: belgijsko-holendersko-niemieckim.

W latach sześćdziesiątych Franz Kurzeja korespondował intensywnie z biskupem Bolesławem Kominkiem. Korespondencja ta wywarła wpływ na słynny list-apel redagowany przez wrocławskiego biskupa z Radlina: Przebaczamy i prosimy o przebaczenie, jak również na cały proces pojednania polsko-niemieckiego, którego gorliwym orędownikiem był benedyktyn z Kuźni Raciborskiej. Duchowny z czasem zrobił doktorat i stał się stał się ekspertem od liturgii. Rzecz stała się bardzo pożądana po Soborze Watykańskim II (1962-1965), kiedy trzeba było stworzyć w Europie narodowe odpowiedniki łacińskiej mszy, trzeba było stworzyć narodowe mszały i brewiarze. Franz Kurzeja uczestniczył w tym procesie znacząco i wpłynął na kształt niemieckich modlitw wypowiadanych również przez naszych pobratymców którzy wyjechali za Odrę.

W latach siedemdziesiątych Franz Kurzeja został przeorem klasztoru benedyktyńskiego w Maria Laach a w latach osiemdziesiątych wielokrotnie gościł katolickiego kanclerza Helmuta Kohla, który lubił tam odetchnąć od świata wielkiej polityki. Polityk korespondował z benedyktynem i z czasem zawiązała się między nimi nić przyjaźni. Miała ona wpływ na pomoc jaką niemiecki kościół świadczył Polakom w trudnych latach osiemdziesiątych. Skutkiem tej znajomości jest również wpływ kanclerza na obecność opata Franz Kurzei u jego boku podczas Mszy Pojednania w Krzyżowej 12 listopada 1989 roku. Kanclerz musiał nerwowo spoglądać podczas mszy na zegarek – dwa dni wcześniej runął mur w Berlinie i wielka polityka domagała się jego obecności w Niemczech.

Po upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku Franz Kurzeja na wszelkie sposoby zabiegał o odbudowę pocysterskiego opactwa w Rudach; finansował część przedsięwzięć, pomagał tworzyć dokumentację odtwarzającą przedwojenny wygląd budowli, zabiegał o środki. Przedsięwzięcie skończyło się powodzeniem i być może z czasem rola opata Franza Kurzei w nim będzie dokładniej znana. Opat wziął udział w 2009 w uroczystościach podniesienia rudzkiego kościoła do rangi bazyliki mniejszej. Miał wtedy na piersiach krzyż cysterski ostatniego opata z Rud, Bernarda Galbiersa, by wysłać światu sygnał, że mimo zamętu historii benedyktyńsko-cysterska reguła Ora et labora jest skuteczna oraz zwycięska. I konieczna – zwłaszcza na pograniczu.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button