Historia

Muszę skosztować tych czereśni!

Dwudziesta czwarta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej

Kiedy chłopak skończy, powiedzmy, dziesięć, jedenaście lub nawet dwanaście lat, jest na ogół jeszcze wielkim cielęciem, chociaż okropnie przy tym przemądrzałym.
Gdyby mi wtedy, kiedy miałem właśnie jedenaście lat i cztery pełne miesiące, ktoś był powiedział, że jestem cielęciem, obraziłbym się na niego bez zająknienia.1

Wówczas wiedziałem wszystko, jak, co i gdzie.
Wiedziałem na przykład, gdzie rosną najlepsze drzewa owocowe. Wiedziałem, co na nich rośnie i co kiedy dojrzewa. Wiedziałem, jak smakują i co smakuje najlepiej.

Nikt mi nie zaprzeczy, że w czerwcu najlepiej smakują czereśnie, szczególnie te duże, soczyste, żółte z lekkim rumieńcem. Smakują chociażby z tej prostej przyczyny, że w tym czasie nie ma innych owoców.
Toteż wiedziałem o wszystkich czereśniach w całej wsi, nie mówiąc już o bliższej okolicy mieszkania. Do tej najbliższej okolicy należał proboszczowski sad.2 Sad był dość duży. Drzew najróżniejszych było w nim bez liku. Należał on do największych sadów we wsi i miał też najsmaczniejsze, i najoryginalniejsze owoce. Nic też dziwnego, że moje jedenastoletnie oczy zerkały do tego sadu przy każdej okazji. A okazji było mnóstwo. W jakąkolwiek szło się stronę, zawsze można było tak iść, by przechodzić koło proboszczowskiego sadu.
W tym sadzie rosło kilka czereśni różnego gatunku. Dwa drzewa czereśniowe rosły blisko płotu przy drodze. Rosły tam jak żywa pokusa dla takich jak ja chłopców. Ile razy przechodziło się pod koniec czerwca koło tych drzew, wtedy do ust wychodziła ślinka, oczy łapczywie spoglądały ku uśmiechającym się owocom, a w pamięci powstawał zamęt, w którym gubiły się szczególnie zasady dotyczące cudzej własności.

Zazwyczaj przechodziło się z wielkim żalem koło tych czereśni. Zawsze napotkało się jakąś nieprzewidzianą przeszkodę. To ktoś przechodził drogą. To ktoś nagle zjawiał się w sadzie. To na zakręcie zaczęły ujadać proboszczowskie pieski, za którymi zwykle pojawiała się staruszka, księdza proboszcza matka. To ktoś patrzał z pobliskich zagród. Korzyści z tych dwu drzew nie było dla mnie wiele.
Nie mogłem jednak nie wiedzieć, że po drugiej stronie sadu, od strony cmentarza, rosła także czereśnia i to w najlepszym gatunku. Ta część sadu miała jednak także ujemne strony. Przede wszystkim rozmieściła się na niewielkiej przestrzeni pomiędzy plebanią i kościółkiem. Okna plebanii wychodziły wprost na sad. Drzwi wiodące na plebanię były zwykle otwarte, skąd najniespodziewaniej wylatywało na każdy głośniejszy szmer kilka psów z okropnym hałasem.

Do stron dodatnich tego drzewa zaliczałem tę okoliczność, że drzewo rosło nie przy drodze, ale z boku od drogi, w sąsiedztwie pola, wówczas porośniętego już bujnym żytem. Łatwiej tam było się dostać, niż do drzew przy drodze. W razie nawet jakiegoś nieprzewidzianego pojawienia się wroga, można było łatwiej zniknąć w polu, a nawet schować się w życie.
To też nic dziwnego, że dokoła tej czereśni zaczęły krążyć coraz częściej nie tylko moje myśli, moje łakome pragnienia, ale i moje nogi. Pewnego dnia postanowiłem nieodwołalnie:

– Dziś albo nigdy. Muszę skosztować tych czereśni!

Czereśnie przyciągały zresztą same całą siłą swojego przyrodzonego piękna i przyrodzonej słodyczy, którą pamiętałem jeszcze z ubiegłego roku. Im dojrzalsze, tym stawały się droższym skarbem. Całymi, obficie obwieszonymi czereśniami gałązkami wrastały mi w mózg i rozpychały się tam wygodnie, i władczo, jak wielka królewska dama. Nie mogłem o niczym innym myśleć, tylko o czereśniach.
Po obiedzie, kiedy ksiądz proboszcz i jego czcigodna mateczka mieli chwalebny zwyczaj położyć się na godzinkę, by odpocząć po ciężkiej przy obiedzie robocie, kiedy nawet psy szły za przykładem swoich chlebodawców, wymknąłem się cichaczem z domu, obierając przemyślnie całkiem inny kierunek od tego, w którym rosła czereśnia.

Należało zmylić oczy, które przypadkiem mogły mnie zobaczyć i śledzić. O alibi jeszcze wówczas nic nie wiedziałem, ale jakiś przemądry instynkt kierował wtedy moimi młodymi nogami. Do czereśni doszedłem najdalszą drogą, z całkiem przeciwnej strony. Stanąłem przed nią i z miłością wielką spojrzałem ku owocom.

– Najsłodsze! Muszę was dzisiaj skosztować!

Ogarnąłem sytuację krytycznym spojrzeniem. Ustaliłem pewne korzystne fakty. Oto drzewo rośnie od strony płotu w odległości mniej więcej jednego metra. Znaczy to, że jej gałęzie i gałązki zwisają ponad płotem. Wystarczy stanąć na płocie, podnieść nieco ramiona i zrywać palcami słodkie czereśnie. Nawet płot zrobiono jak na zamówienie. Płot był drewniany. Słupy, zakopane pionowo w ziemi, były połączone dwiema równoległymi kanciastymi łatami. Do tych łat, leżących poziomo, przybite były pionowo drewniane sztachety, też kanciaste, u góry ostro zakończone.

– Na tej łacie postawię sobie stopy – planowałem

Tuż przy płocie, po jego wewnętrznej stronie, rosły jakieś krzewy, jakieś krzaki, które wypuszczały ku górze gęsto długie i cienkie pręty. Pręty te sięgały niemal aż do gałęzi czereśni.

– Aż się proszą, żeby skorzystać z ich pomocy! – pomyślałem i snułem dalszy plan działania: – Będzie się czego uchwycić, gdybym się miał zachwiać

Porozglądałem się jeszcze wkoło, wytężyłem słuch, ale nic podejrzanego ani nie zobaczyłem, ani nie usłyszałem.

– Teraz albo nigdy!

Uchwyciłem się sztachet, wdrapałem się na płot, umieściłem według planu stopy na nie bardzo szerokiej łacie tak, że pięty wsunęły się nieco pomiędzy sztachety, potem podniosłem ręce. Sięgnąłem z łatwością do najbliższych czereśni. Urwałem je i wprowadziłem do ust.

– Ach, jakie dobre! Jakie słodkie! – zachwycałem się

Gdy zaspokoiłem zgrubsza największe pragnienie, postanowiłem napełnić sobie jeszcze kieszenie. Ale dalsze czereśnie wisiały nieco dalej i wyżej. Aby do nich dosięgnąć, należało się nieco wygiąć w tył i bardziej podnieść rękę. Ciało dostało się w ten sposób w położenie pochyłe i groziło utratą równowagi.

– Przecież pręty proszą się z pomocą! – pomyślałem i natychmiast uchwyciłem się lewą ręką owych prętów, które dały mi znakomite oparcie, a prawą ręką zacząłem zrywać czereśnie i napychać sobie kieszenie

Miałem już jedną kieszeń pełną, chciałem napełnić drugą. Zmieniłem w tym celu ręce. Prawą uchwyciłem za pręty, a lewą sięgnąłem po czereśnie.
Nie wiem już dokładnie, co tego było przyczyną, co się stało w następnych sekundach. Może czereśnie wisiały zbyt daleko, może zbyt mocno przechyliłem ciało, może zbyt giętkie były owe pręty, które miały mnie bronić przed utratą równowagi, a może wszystkie te przyczyny razem złączyły się przeciwko mnie.

– Ojej! Co się robi!? – zdążyłem jeszcze wyszeptać z przerażeniem

Uczułem bowiem, że ciało moje, utraciwszy równowagę, powoli, ale ruchem z lekka przyśpieszonym przechyla się w tył. Uchwyciłem się oburącz prętów. Pręty, niestety, popełniły zdradę względem mnie. O, niewdzięczne! Poddawając się ciężarowi mojego ciała uginały się w tym samym tempie, w jakim przechylało się ciało.
Zanim zdążyłem uświadomić sobie, co się dzieje, wisiałem już na płocie głową w dół. Moje łydki, na tyle chude, że zmieściły się pomiędzy sztachetami, przesunęły się na ogół między nimi bez szkody. Za to kostki okazały się w tej chwili zupełnie zbyteczną częścią ciała. Właśnie one spowodowały, że noga nie mogła przecisnąć się pomiędzy sztachetami. I tak zawisnąłem zahaczony kostkami o kanciaste sztachety, na płocie głową w dół.
Zawyłem z bólu. Ostre brzegi sztachet wrzynały mi się boleśnie w kostki. Chciałem ryczeć, ale bałem się obudzić psy, czcigodnego księdza proboszcza i jego równie czcigodną mateczkę.

Usiłowałem następnie ratować się przy pomocy owych prętów, które jeszcze trzymałem w rękach. Ale pręty, zbyt naciągane, łamały się z trzaskiem. Musiałem je puścić i myśleć o innym sposobie ratunku. Próbowałem rękami sięgnąć do ziemi. Okazało się, że ramiona są za krótkie. I oto wisiałem dosłownie pomiędzy niebem a ziemią, głową w dół, na płocie, jak św. Piotr na krzyżu.

– Jaki tam św. Piotr? – szeptał ktoś koło mojego ucha. – św. Piotr na cudze czereśnie nie chodził! Powiedz raczej: jak łotr!

Byłem bliski płaczu, głośnego płaczu, bo łzy już dawno pojawiły się w oczach. A jednak płakać nie mogłem. Nie wolno mi było płakać. Płacz byłby obudził psy, psy – księdza proboszcza i jego mateczkę.

– Co by to było, gdyby mnie tak zobaczyli wiszącego na płocie?
– Skonali by ze śmiechu! – szeptał mi znowu do ucha jakiś ironiczny głos – A jeśli nie skonają, wtedy sprawią ci porządną łaźnię!

Rozpacz wlewała mi się w serce ciężkimi, czarnymi kroplami. Przepełniła serce i zalewała oczy i mózg. Jeszcze chwilę, a zemdleję. Do tego nie mogłem dopuścić. Zebrałem nagle wszystkie swoje siły, uchwyciłem się rękami sztachet, potem skurczyłem mięśnie, by podnieść nogi i wydostać je z twardych kleszczy sztachet. Ciało podniosło się. Lewa stopa wydostała się. Prawej nie udało mi się równocześnie wydostać. Brakło sił. Musiałem poluźnić naprężone mięśnie ramion i opuścić ciało w dół. Sztachety ścisnęły prawą nogę w kostkach. Syknąłem z bólu. Zdawało mi się, że ktoś usiłuje złamać mi nogę. Zebrałem po krótkim odpoczynku jeszcze raz wszystkie siły. Szarpnąłem. Noga była wolna. Ostrożnie upadłem na trawnik pod płotem.

– Dzięki ci Panie Boże! – westchnąłem z gorącym uczuciem wdzięczności
– Za co? – usłyszałem koło siebie ironiczny szept – Za to, żeś psów nie obudził? Za to, żeś nogi nie złamał? A może za te czereśnie, którymi napełniłeś sobie kieszeń?

Siedziałem zgnębiony pod płotem. Głaskałem z czułością nogi koło kostek. Nachyliłem głowę do nich i próbowałem dmuchać na bolesne miejsca. Ale ból nie ustawał. Za to razem z owym szeptem tajemniczym wlewał mi się do duszy jakiś straszliwy wstyd. Wstyd, który po chwili począł przeradzać się w złość. W złość na tego, co szeptał koło mnie. W złość na samego siebie, że tu przylazłem. W złość na psy i księdza proboszcza, i jego czcigodną mateczkę, że poszli spać, zamiast czuwać koło czereśni. Wreszcie porwała mnie złość na same czereśnie. Wstałem. Z pośpiechem zacząłem wyrzucać czereśnie z kieszeni. Leżały przez chwilę żółte, z lekkim rumieńcem, wśród trawy. Kusiły jeszcze. Napraszały się, żeby je zjeść. Ale moja złość, mój gniew był nie do pohamowania. Zbyt wielki czułem ból w kostkach i zbyt wielki czułem wstyd w piersi.

– Nie chcę już żadnych czereśni! Nie chcę! Nie chcę! – szeptałem w gniewie i deptałem po czereśniach.

A kiedy już nie było ani jednej całej czereśni na ziemi, wtedy spojrzałem z pogardą na te, które wisiały jeszcze na drzewie, i rzekłem głośniej, nie dbając już o to, czy mnie psy usłyszą:

– Nie chcę was. Wcale nie jesteście słodkie! Wstrętne jesteście! Nigdy już tu do was nie przyjdę!

Odszedłem dumny do domu. Był już wielki czas, bo właśnie z sieni plebańskiej wypadły psy i zaczęły straszliwie ujadać. Ale ja nawet nie odwróciłem głowy. Byłem już na drodze. A drogą wolno iść każdemu. Na drodze nawet psy nie mają prawa zaczepiać porządnego człowieka.

– Porządnego? – zachichotał koło mnie jakiś tajemniczy głos

Dokładnie dziesięć lat później składałem księdzu proboszczowi jako dojrzały oficjalnie obywatel swoją urzędową wizytę. W czasie tej wizyty opowiedziałem mu o mojej niefortunnej wyprawie na jego czereśnie. Ksiądz proboszcz zwołał wszystkich poważniejszych domowników i prosił mnie, abym opowiedział o tej wyprawie jeszcze raz. Nie mogłem mu tego odmówić. Opowiedziałem. W miarę, gdy moja opowieść zbliżała się ku końcowi, domownicy, nie wyłączając czcigodnego księdza proboszcza ani jego czcigodnej mateczki, pokładali się ze śmiechu i wycierali łzy szczerej radości.

1Wyjątkowo precyzyjnie można określić chronologię opisanych wydarzeń na czerwiec 1916 r., puentę zaś na rok 1926.

2Niewątpliwie opisywanym tu proboszczem jest ks. Artur Helmut Willy Spielvogel (ur. 1882 w Czerwionce, proboszcz od grudnia 1913 do śmierci w styczniu 1932). Ksiądz Spielvogel wspierał sprawę polską w plebiscycie i powstaniach. Zapewne współpraca między Janem Paszendą a proboszczem bazowała więc nie tylko na relacjach duszpasterskich.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button