Historia

„Nigdy nie rozwaliłem żadnego samolotu. Opatrzność nade mną czuwała”.

Antoni Tomiczek – pilot z Pstrążnej. Kiedy powstańcza Warszawa płonęła, z pomocą miastu latały samoloty z włoskiego Brindisi

Wśród pilotów Halifaxów był właśnie on – Antoni Tomiczek (1915-2013) z Pstrążnej w gminie Lyski. Postać godna pomnika, który niedługo stanie w jego rodzinnej miejscowości, postać godna porządnego filmu sensacyjnego oraz drogowskaz dla wszystkich pogubionych i lękliwych. 22 sierpnia 1944 Antoni Tomiczek włączył silnik swojego Halifaxa i wraz z załogą ruszył w kierunku walczącej Warszawy.

Trasa wynosiła 1500 kilometrów. Leciało się najpierw na pogranicze jeziora Szkoderskiego na granicy Jugosławii i Albanii kursem na wschód i później na północ koło Belgradu (…). Przychodziło się na Tatry (…). Zawsze lecieliśmy na wysokości koło czterech tysięcy metrów. (…) Już od Kielc widać było łunę nad Warszawą.

Nad Warszawą było niebezpiecznie. Antoni Tomiczek, podobnie jak inni polscy piloci, latał nisko, by uniknąć zestrzelenia. Mimo to pociski Niemców przelatywały koło jego kabiny. W pewnej chwili musiał gwałtownie skierować się ku ziemi, by uniknąć strzału:

Dosłownie nad samą ziemią odzyskałem sterowność, wyciągnąłem maszynę gwałtownie w górę, aż mnie zamroczyło. (…) Artyleria dalej strzelała. Zawróciliśmy znad prawego brzegu i dokonaliśmy zrzutu, można powiedzieć, na dziko, na Marszałkowską. Akurat był taki pas ognia tam, gdzie powstańcy byli ostrzeliwani przez Niemców. Kawałek dalej dokonaliśmy zrzutu.

Groźba zestrzelenia wisiała nad każdym z samolotów niosących pomoc walczącej Warszawie. Tomiczek wiedział, że mogą zostać trafieni:

Pytam się załogi: „Słuchajcie, gdzie chcecie dostać się do niewoli (…) do Niemców, czy do Rosjan?” U Rosjan byliśmy wszyscy z wyjątkiem nawigatora. Oni mówią: „Do Niemiec idziemy.”

Załoga Tomiczka szczęśliwie wróciła do Brindisi po przeszło 10 godzinach nieprzerwanego lotu. Pilot padał ze zmęczenia. Do Warszawy leciał jeszcze później 3 razy. Czy Antoni Tomiczek się bał?

Nie. Absolutnie się nie bałem. Na dowód tego bardzo byłem spokojny. Taka ufność we mnie była, że nie zginę. Nawet nad tą Warszawą, tak samo załoga – bardzo się wszyscy sprawnie sprawowali. Za wyjątkiem nawigatora, który był bardzo wierzący, to jak było tak źle, kiedy nas tak artyleria obrabiała, zaczął się modlić. Radiotelegrafista, młody chłopak (…) to klął. Mówię: „Jak chcesz kląć, to wyłącz chociaż interkom, żebyśmy nie słyszeli”.

O powstaniu warszawskim myślał to samo, co część rządu londyńskiego i wielu innych żołnierzy polskich na Zachodzie:

Każdy chyba wiedział, że Powstanie jest zupełnie niepotrzebne. Niepotrzebny przelew, że z tego nic nie będzie. My, którzy byliśmy w Rosji, tośmy wiedzieli, że Rosjanie absolutnie nie pomogą.(…) Pozwolą się Polakom wykrwawić. (…) Tak przynajmniej myślałem i tak chyba większość z nas myślała.

Do końca wojny Antoni Tomiczek odbył jeszcze przeszło 20 lotów uczestnicząc w różnego rodzaju misjach, w tym zwiadowczych. Jedna z nich miała miejsce na północy Włoch i była jednocześnie zabawna oraz dramatyczna. Relacja o niej sporo mówi o charakterze pilota z Pstrążnej. Jacyś włoscy oficerowie mieli określić punkty do ataku, skutkiem czego Antoni Tomiczek przerzucił ich nad linią wroga, po czym mieli skoczyć na spadochronach i zrealizować zadanie. Okazało się, że Włochów sparaliżował strach przed skokiem:

Nie chcą skakać, co zrobić? Mówię: „Idź tam pomóc ich wyrzucić”. Poszedł bombardier im pomóc, bo radiotelegrafista i górny strzelec już wyrzucali. Poszedł i wywalił ich. W każdym razie w nocy widać było, jak ładnie na tych spadochronach lecieli na dół. Czy zadanie wykonali, tego nie wiem.

Antoni Tomiczek od dzieciństwa marzył o lataniu, dlatego po ukończeniu podstawówki w Pstrążnej zapisał się do szkoły podchorążych w Kutnie i z czasem został lotnikiem. Brał udział w wojnie obronnej w 1939. Dostał się do niewoli niedaleko Stanisławowa. Po krótkim aresztowaniu znalazł się w obozie pracy. Był zaledwie podchorążym, ale sowieci twierdzili, że jest oficerem i postanowiono go transportować bydlęcymi wagonami w głąb Rosji. Jego życie wisiało na włosku:

Naczelnik ochrany, enkawudzista mówi: „Jak się nie zmieścicie, to resztę wystrzelamy”. Pod wieczór pociąg ruszył do Rosji. Do wagonów załadowali nas na stojąco, jak śledzie. (…) Tak nas wieźli dwadzieścia osiem dni aż do Starobielska, gdzie zginęli oficerowie.

Szczęśliwie, wskutek umowy Sikorski-Majski, Antoni Tomiczek wyszedł z obozu i dostał się do Tockoje, gdzie generał W. Anders formował oddziały wojska polskiego – miejsce było koszmarne, żołnierze umierali tam z głodu i od chorób (nad Tockoje ciąży chyb jakaś klątwa, bo w 1954 roku zrzucono tam bombę atomową dwa razy większą od tej, która unicestwiła Hiroszimę). Pstrąski lotnik dostał się do Wielkiej Brytanii, gdzie nauczył się latać na samolotach bombowych. Miał jeszcze do wyboru kurs na samolotach myśliwskich, ale założył, że umiejętność pilotowania dużych samolotów pozwoli mu po wojnie znaleźć pracę w lotnictwie cywilnym. Nic z tego nie wyszło, bo powracający z Zachodu byli w komunistycznej Polsce na cenzurowanym, czego doświadczył brutalnie Stanisław Skalski, as lotnictwa skazany na śmierć. Kolega pomógł znaleźć Antoniemu Tomiczkowi zatrudnienie w oddziale ZUS, gdzie lotnik pracował do emerytury. Po śmierci Stalina i odwilży Antoni Tomiczek mógł latać sportowo, więc zapisał się do aeroklubu w Gliwicach. Pierwszy lot odbył się w kierunku domu w Pstrążnej:

Jak pierwszy raz przyleciałem, gdzie żona mieszka, jak przypikowałem nad chałupę, to pies się urwał a kury fruwały przez chałupę, bo nisko leciałem. Wygłupiałem się.

Antoni Tomiczek, poza tym, że był człowiekiem odważnym, był też człowiekiem mądrym, bo kierował się zasadą, by nie narzekać i broń Boże, nie walczyć z głupotą. Po odbyciu kilku lotów w aeroklubie w Gliwicach okazało się, że musi dysponować licencją pilota:

Licencję? Przecież tyle lotów miałem. „Tak ale tu jest wymagane.” Pojechałem do Krosna, był egzamin. Dostałem licencję i mam numer 974.

Dlaczego wyszedł cało z wojennych opresji? Dlaczego przetrwał w komunistycznej Polsce? Bo miał wsparcie:

Miałem szereg różnych niebezpiecznych wydarzeń, z których zawsze wychodziłem cało. Nigdy nie rozwaliłem żadnego samolotu. (…) Opatrzność nade mną czuwała.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button