Janusz Piotrowski

Numer Dwudziesty Piąty, czyli wyczucie

Fragment książki Kamyki w Sandałach

Lubiłem patrzeć na plecy Numeru Dwudziestego Piątego, kiedy samotnie oddalała się w zieleni parku, by pobyć trochę sama ze sobą

Robiła to często. Cechowała ją zawsze łagodność, która nie wykluczała przeżywania trudnych sesji lub naturalnego gniewu na pacjentów. Gniewu jednak bez złości, tak jak można przeklinać bez agresji i ciężko wtedy doszukać się w tym wulgarności. W postępowym świecie, gdzie panować ma powszechna radość, Numer Dwudziesty Piąty pozwalała sobie na już niemodny smutek. Choćby chwilowy. To krótkie katharsis działało niemal natychmiast. Pozwalała sobie również na kompletnie już archaiczną w obecnym pędzie głęboką refleksję, ale potrzebowała zawsze wtedy krótkiej chwili samotności. Wbrew obiegowym przekonaniom samotność bywa zbawienna, bo towarzyszy jej cisza, co przy zgiełku tego świata jest już ewenementem. W ciszy można wiele rzeczy usłyszeć. Godząc się na ciszę, mając nawet na jej odwagę, by w tej przestrzeni trochę pobyć, można usłyszeć wiele zaskakujących rzeczy. Bóg lubi ciszę. Od zarania dziejów powołuje ludzi na służbę według danych im talentom w sposób delikatny, cicho właśnie, nie narzucając się, szanując ich wybór, nie krzykliwie, bo zgiełk zarezerwowany dla wartości Mu akurat przeciwnych. Sztuką jest się wsłuchać. W ciszę i w Boga. Tym bardziej dzisiaj, kiedy wszystko wokół zdaje się być tylko krzykliwe, by stać się zauważone. Bóg jest miłosierdziem i powinniśmy Go naśladować, ale…

…kiedyś, na samym początku, wziął mnie na stronę mój szef – doświadczony, pomimo stosunkowo młodego wieku, psychiatra. Widział pewne moje zaangażowanie i zaczął się o mnie martwić.

Janusz tutaj każdy musi wypracować swoją własną ochronkę. Empatia jest dobra, ale może też być pułapką. Można się bardzo szybko wypalić – nie miał dydaktycznego tonu, i nie była to też reprymenda

Ot dobra rada, którą wziąłem do serca.

Chyba łapię o czym mówisz – odpowiedziałem

Po latach przyznaliśmy sobie rację.

Przychodzi zawsze nieuchronny czas, kiedy psychiatria zaczyna pożerać. To może być zmęczenie tymi wszystkimi niełatwymi historiami. Może być i historia tylko jedna, która wstrząśnie i odbierze siły. To być może również utrata dystansu, zbytnie zaangażowanie. Albo też i zobojętnienie. Wiele rzeczy może się złożyć na to, że przychodzi moment, kiedy już nikomu nie da się pomóc, bo samemu się pomocy potrzebuje. Moment bliźniaczo podobny do chwili podjęcia decyzji uśpienia psa – nie ważne jak bardzo się go kocha. I zawsze wtedy człowiek z jej podjęciem zostaje sam. Nie zadziałają wtedy już żadne superwizje, rady, podręczniki, wypracowane procedury, doświadczenie innych. Wycofać się, by coś nie odbywało się kosztem samego siebie, tak jak właśnie usypia się ukochanego psa, by nie odbyło się kosztem jego godności. Zrobić odwrót na chwilę, lub też już na zawsze… Psychiatria to nie jest łatwy kawałek chleba.

Numer Dwudziesty Piąty w odróżnieniu od innych będzie wyjątkiem pod tym względem – ona będzie sama wiedzieć kiedy to nastąpi. Nie będzie potrzebowała innego zwierciadła by się przejrzeć. Zadziała bowiem również wzgardzona w obecnym, rozumowym pojmowaniu postępu, intuicja – rzecz, której nie nauczy się tak zwana sztuczna inteligencja. Numer Dwudziesty Piąty swą wyjątkowość bierze właśnie z tego, że w dużej mierze nią kieruje się właśnie oraz na niej polega. Często bywa, że bezwiednie. To dobrze. Jest jeszcze duchowość, czyli głębia. Głębia każdego człowieka. I choć z jakąkolwiek modlitwą, kościołem czy wyznaniem, Numer Dwudziesty Piąty jest bardzo na bakier, to zadaje pytania. Ma ich więcej niż odpowiedzi, których (jednak) szuka spacerując wśród drzew.

Na razie wśród drzew, bo jestem przekonany, że pospaceruje znacznie dalej.

Znaczy się głębiej.

(moim koleżankom i kolegom z CZP)

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button