Trzeba salwami powitać Dzieciątko

Część ostatnia – trzydziesta czwarta – wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Jak daleko sięgam pamięcią w swoje dzieciństwo, tak wyłaniają sie z niego niby przecudne ognie bengalskie święta Bożego Narodzenia.
Co roku było niby to samo, a jednak nie to samo. Jednak co roku przeżywało się te święta inaczej, pełniej, piękniej.
Co roku oczekiwało się tych świąt z niekłamaną radością. Całe tygodnie naprzód mówiło się i marzyło się o nich. Od świętego Mikołaja począwszy.
– A kiedy będą święta?
– Już wnet.
– I będzie znowu choinka?
– Pewnie. Jakże by mogły być święta bez choinki.
– I pod choinką będzie stać szopka z Dzieciątkiem?
– Będzie, będzie.
– I Dzieciątko przyniesie podarki?
– Jeśli dzieci będą grzeczne i dobre, to może przyniesie.
– A strzelać też będą?
– Kogo? Co ty mówisz?
– Nikogo. Tylko tak na wiwat!? Na powitanie Dzieciątka?
– Nie wiem. Może będą. Zawsze strzelali. Może i teraz będą. A ty boisz się, gdy strzelają?
– Nie, nie boję się!
– Ale wolałbyś, żeby nie strzelali?
– Nie. Przeciwnie. Chciałbym, żeby strzelali. To tak “fajnie”! Tak lubię słuchać, jak strzelają! Ach, żeby tak znowu strzelali!
Takie rozmowy toczyły się w młodszych latach. Strzelanie na powitanie Dzieciątka stało się na Śląsku nie tylko zwyczajem, tradycją, ale stało się w moim młodym mózgu marzeniem, pragnieniem, celem, “ideałem”, domagającym się koniecznie spełnienia. W młodszych latach zadawalałem się słuchaniem salw, wystrzałów, wybuchów. Gdy później pracowałem już w kopalni, jako czternastoletni górnik marzyłem o czymś więcej.
Pewnego razu wracałem z kolegą z kopalni. Był już grudzień.
– Konrad, święta się zbliżają.
– Wiadomo. Ameryki nie odkryłeś.
– Widzisz, nie chodzi o Amerykę, ale o Dzieciątko.
– Wiadomo. Jak święta, to musi być i Dzieciątko.
– No i co myślisz, Konrad. Nie trzeba by to przywitać Dzieciątka salwami?
– Naturalnie. Trzeba salwami przywitać Dzieciątko.
– Ty też będziesz je witał?
– Salwami? A ty?
– Chciałbym, ale…
– …nie ma czym, prawda?
– A ty masz czym?
– Też nie mam.
– A jednak trzeba by salwami przywitać Dzieciątko. Starym zwyczajem.
Odtąd myśli nie dawały nam spokoju. Wiedzieliśmy: strzelać trzeba prochem. Proch jest na kopalni. I zapalniki. I lonty! Ale to jest zamknięte, w komorze. Rębacze, albo też specjalnie do strzelania wyznaczeni ludzie, tzw. mistrze strzelniczy, chodzili do tej komory po materiał wybuchowy i wynosili go stamtąd w blaszanych, zamkniętych na kłódkę, skrzynkach, z taśmą, którą przerzucali sobie przez ramię jak rzemień karabinu. Po szychcie musieli te skrzynki odnosić znowu do komory.
Tak się jakoś złożyło, nie wiem: szczęśliwie, czy nieszczęśliwie, że pracowałem w tym czasie z Konradem wspólnie na jednym odcinku. Pewnego dnia, pod koniec szychty, zauważyliśmy jednego z górników, niosącego skrzynkę z materiałami wybuchowymi, jak wychodził na górny wentylacyjny chodnik i jak po chwili wrócił stamtąd bez skrzynki. Następnie oddalił się pod szyb.
– Aha, nie chciało mu się pryczyć skrzynki do komory! – zauważyłem głośno.
– Musiał ją tam gdzieś schować! – uzupełnił spostrzeżenie Konrad.
– A tego podobno nie wolno! – powiedziałem z oburzeniem.
– Nie wolno. On ma obowiązek odnieść skrzynkę co dzień do komory!
– Pewnie była próżna?
– A mnie się zdaje, że nie! Widziałem, jak chodzą górnicy z próżną, a jak z pełną skrzynką. Proch jest ciężki.
– To myślisz, że była pełna?
– Myślę, że jeśli nie jest pełna, to jest na pewno prawie pełna!
Nastała chwila myślenia. Prawdopodobnie myśleliśmy już obaj o tym samym, ale jakoś nikt nie spieszył się wypowiedzieć swoich myśli.
– Konrad, święta już blisko.
– Ehm, za tydzień.
– A proch już masz?
– Mam.
– Masz?
– Mam!
– W domu?
– Nie. W kopalni.
– W kopalni? Gdzie?
– W tej skrzynce, którą tam ten górnik gdzieś schował.
– Ale to przecież nie jest twoja skrzynka.
– Jak to nie!? Skrzynka kopalniana powinna być w komorze. A co nie jest w komorze, nie jest kopalniane. Jest niczyje. A jeśli jest niczyje, to znaczy, że może być moje.
– Albo moje? – dodałem prędko
– Niech będzie nasze. Podzielimy się.
Tego dnia byliśmy strasznie pilni przy robocie. Już wszyscy poschodzili ze swoich stanowisk, a myśmy jeszcze pracowali pilnie. Ostatni przechodzący zaczepili nas:
– Co wy tu jeszcze robicie?
– Ślepiście? Nie widzicie?
– Nadgodziny, co?
– A chociażby i nadgodziny? Co wam do tego!
Odeszli. Nie było już widać żadnych światełek, ani słychać głosów i kroków.
– Teraz możemy iść!
Poszliśmy na górny wentylacyjny chodnik.
– Ty patrz na tę ścianę, a ja na tę. Ale dobrze patrz! Szczególnie, gdzie leżą kamienie, kawałki węgla, deski. Musiał przecież ją czymś przykryć!
Szukaliśmy niedługo. Była. We wnęce, nawet nie bardzo zamaskowana. Spod kawałków gruzu przeświecała cynkowa blacha.
– Jest! Zamknięta! Jak ją otworzymy?
Próbowaliśmy drucikami odemknąć kłódkę, ale nie dało się. Kłódka była dobra. Patentowa.
– Co zrobimy!?
– Ułamiemy ten szkobel. Niech sobie kłódka wisi, kiedy nie chce dać się otworzyć.
Konrad przegiął blaszany szkobel kilka razy w jedną i w drugą stronę. Robił się coraz gorętszy i coraz miększy. Wreszcie pękł.
– Już! – Konrad otworzył skrzynkę. Obaj zajrzeliśmy do wnętrza.
– Nie mówiłem? Prawie pełna!
Konrad począł wyjmować jej zawartość.
– O, to jest proch! Jak kawałki kiełbasy.
– Albo jak cykoria w takich okrągłych opakowaniach.
– A to są “koperytle”, zapalniki. Widzisz: z jednej strony jest otwór. Tu wkłada się jeden koniec lontu. Ten zapalnik jest najważniejszy. Ale z tym pieroństwem to trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie, bo wybuchnie ani nie wiesz kiedy.
– Wiem – potwierdziłem – mojemu ojcu to pieroństwo głowę urwało.
– Toć, to może i głowę urwać! A tu jest lont. Taki sznur, patrz, w środku tego sznura jest proch. Zapalisz go na jednym końcu, to pali się, pali się pomału coraz dalej, coraz dalej, aż ogień dojdzie do zapalnika.
– Wtedy: Bum! Wystrzeli, prawda!
– Wystrzeli! Ale żeby nie tylko wystrzeliło, ale i mocno wystrzeliło, a przy tym rozrywało, co jest naokoło, to ten zapalnik wkłada się z lontem do takiej “cykorii”, do tej kiełbasy z prochem.
– I to razem do dziury, prawda, którą rębacze wiercą w caliźnie.
– Tak. To razem wsadzą do dziury, zatkają mocno gliną, żeby z dziury nie wyskoczyło i potem zapalają lont i uciekają z przodku.
– A po chwili: Bum! Strzeli, narobi huku i smrodu, narozrywa węgla albo kamienia jak sto diabłów.
– Ale jak my to pozbieramy. O już podzieliłem: to moje, to twoje. Wiesz co? Zawiąż sobie spodnie przy kostkach, ale dobrze. Potem wpuść te kiełbasy do spodni.
– Nie uniosę się. Spodnie mi spadną.
– To nie kładź tam wszystkiego. Tylko trochę!
– A resztę gdzie!?
– Tak, patrz! Masz przecież koszulę i pasek. Wsadź sobie te kiełbasy za koszulę, daleko, na same plecy. Koszulę zapnij, pasek przyciągnij. O, tak! Widzisz?
Lonty schowaliśmy podobnie.
– A te zapalniki? – spytałem.
– Z tym ostrożnie, bo jak się to zapali, to nas obu rozerwie na strzępki i nie poznajdują nas.
– To nie będą musieli trumny kupić i pogrzebu robić! – zażartowałem.
Poruszaliśmy się niezgrabnie jak młode niedźwiedzie. Gdy doszliśmy pod szyb, już nikogo z załogi tam nie było. Winda stała.
– A wy skąd, łaziki pierońskie?! Dalej włazić do windy!
– Musieliśmy robotę skończyć!
– Cofnij pyszczysko, bo ci je drzwiami przytrzasnę i rodzona matka cię nie pozna!
Zamknął windę, dał sygnał i winda poleciała z nami na powierzcznię.
W łaźni kąpało się i ubierało jeszcze kilka osób. Musieliśmy marudzić i zmyślać rozmaite roboty koło buta, koło swojego haka z ubraniem na drogę, aby przeczekać wszystkich. Nie chcieliśmy mieć świadków.
– Farona! Rób niewinną minę, żebyśmy nie podpadli! Co by to było, gdyby nas zatrzymali i znaleźli u nas to wszystko!?
– To przecież niczyje!
– To my tak mówimy. Oni powiedzą inaczej.
Udało nam się jednak przenieść wszystko szczęśliwie.
– Wiesz co? Aby był większy huk, wpakuję proch do takiego drenu, do takiej rurki z palonej gliny, a potem zakopię to głęboko do ziemi. Im głębiej w ziemi, tym większy huk i większa dziura!
Materiał wybuchowy schowałem sobie w szopce. Matce oczywiście nie pochwaliłem się ani z prochem, ani z zamiarem powitania salwami Dzieciątka. Dwa dni przed świętami przygotowałem sobie naboje. Też w drenach, jak to radził Konrad. Miałem ich coś dziesięć sztuk.
W Wigilię, gdy zaczęło się ściemniać, spytałem:
– Długo jeszcze do świętej wieczerzy?
– Jeszcze gwiazdy nie świecą.
– To pójdę patrzeć. A jak zaświecą, przyjdę wam powiedzieć!
Spojrzałem po niebie, ale gwiazd nie szukałem. Wpadłem do szopy, poszukałem kilka nabojów, wziąłem łopatę i wyleciałem w pole. Zapałki miałem w kieszeni. Na polu leżał śnieg.
– Trzeba ostrożnie położyć lont, żeby mi się nie zmoczył od śniegu, bo nie zapali się!
Wyszukałem odpowiednie miejsce, piaszczyste. Łopata z trudnością wygrzebała kilka dołków. Wsadziłem w nie naboje. Pięć ogonków lontu sterczało w górę. Sięgnąłem po zapałki.
– Dzieciątko Boże! To ku Twojej chwale! Daj, żeby się udało, żeby się jakie nieszczęście nie stało, żeby mi ręki albo nogi nie urwało, albo żeby mnie i całego nie rozerwało! Amen. W imię Ojca i Syna, i Ducha św. Amen.
Rozpaloną zapałkę przytknąłem do lontu. Zaczął syczeć groźnie jak żmija, kiedy chce kąsać. Zapaliłem drugi, trzeci, czwarty, piąty.
– Uciekaj, bo nie zdążysz! – przynaglał mnie jakiś głos.
Porzuciłem dogasającą zapałkę i począłem biec w stronę domu. Nogi stawały się coraz sztywniejsze. Śnieg plątał mi się pod nogami. Tchu zaczynało brakować.
– Padnij! – usłuchałem tego rozkazu natychmiast, choć nie bardzo wiedziałem, kto wydał ten rozkaz. W tej samej chwili błysnęło, potem rozległ się straszliwy huk! Drugi, trzeci, czwarty, piąty. Huk jak z armat. Radowało mi się serce, choć po głowie tłukły mnie spadające niczym grad z nieba różnej wielkości grudki ziemi.
– Chwała Panu Bogu na wysokościach, a ludziom pokój na ziemi!
Radowałem się szczerze, jak dziecko, które dostało cały pociąg w podarunku. Co tam pociąg! Sto pociągów nie sprawiłoby mi tyle radości, co ten huk na powitanie Dzieciątka. Strzelali nasi dziadowie, strzelali ojcowie, strzelam i ja. Nie zaginie zwyczaj witania salwami Dzieciątka.1
Pobiegłem zobaczyć na miejsce wybuchu. Pięć ciemnych porządnych dziur czerniło się wśród śniegu. Naokoło śnieg był jakby skropiony ciemną farbą. To spadające grudki ziemi tak go przyrządziły. Wziąłem łopatę i odniosłem ją do szopki. Spojrzałem ku niebu. Świeciło już kilka gwiazd.
– Gwiazdy już świecą!
Matka siedziała na krześle i trzymała się za serce.
– Cóż wam to?
– Alech się też zlękła, zlękła.
– A czego?
– Jak wystrzeliło. Tu gdzieś blisko, jakby za domem.
– Zlękliście się? Nie było czego. Przecież wiecie: trzeba salwami przywitać Dzieciątko. A do świętej wierzeczy daleko!
– Niedaleko, niedaleko. Jeno niech przejdzie ten lęk.
Na stole znalazły się tradycyjne potrawy. Chleb, ryba, konopiotka, makówki, strucle i orzechy, pierniki, placek i inne. Ale mnie to dzisiaj nie ciekawiło. Znacznie bardziej pociągały mnie naboje czekające w szopie niecierpliwie na swoją kolejkę.
Po wieczerzy chwyciłem się za brzuch, zacząłem się przesadnie wyginać niby to od boleści żołądkowych, potem rzekłem:
– Obżarłem się, albo co? Brzuch mnie boli piekielnie! Muszę wyjść!
– Dam ci natronu, chcesz?
– Nie, nie chcę!
Za drzwiami przestał mnie od razu brzuch boleć. Za chwilę pędziłem z resztą nabojów w pole. Zapaliłem ich znowu pięć. Uciekłem, upadłem na śnieg i nasłuchiwałem.
– Bum!
– Raz!
– Bum! Bum!
– Dwa. Trzy!
– Bum!
– Cztery!
Czekałem z zapartym oddechem, aż wybuchnie piąty. Nic. Czekam jeszcze dobrą chwilę. Już mi się robiło zimno i mokro na śniegu. Czekam. Nic.
– Farona, co się stało? Podnieść się, nie podnieść? A jeśli się podniosę, a nabój wybuchnie? Farona, łeb mogłoby urwać!
Leżałem jeszcze chwilę, długą chwilę. Nic.
– Zdechł! – pomyślałem – Albo lont był mokry, albo zapalnik do niczego. Ale przecież lont syczał!
Poszedłem. Wykopałem niewypał. Odniosłem go do szopy. Sprawdzę po świętach, czemu nie wypalił.
Po świętach, gdy wróciłem z roboty, nie mogłem doczekać się wieczoru. Cały byłem pochłonięty myślą o niewypale.
– Lepiej będzie sprawdzić za dnia. A żeby nikt mnie nie mógł obserwować, wyjdę do lasu.
Do lasu nie było daleko. O tej porze nikt też nie zaglądał do lasu, mogłem tam przebywać spokojnie.
Rozebrałem ostrożnie nabój. Proch był mokry. Papierowy rulon był popękany. Proch wysypał się. Został zapalnik z lontem. Stwierdziłem, że lont był winien. Lont zgasł nie dopaliwszy się do końca. Około trzydzieści centymetrów lontu było jeszcze niespalonego.
– To nic. Zapalę, położę, ucieknę, skryję się za drzewo! Niech huknie!
Zrobiłem jak zaplanowałem. Stałem chwilę za drzewem, ale nie hukło. Postałem jeszcze chwilę. Nic.
– Co jest z tym lontem!? Farona, przecież to musi strzelić!
Stwierdziłem, że lont znowu zgasł. Upaliło się około dziesięć centymetrów. Zostało jeszcze około dwadzieścia.
– Zapalę jeszcze raz!
Zapaliłem i uciekłem. Czekałem za drzewem na wybuch. Nic.
– Co jest!? – pytałem zirytowany
Lont znowu zgasł. Zostało go już tylko sześć centymetrów.
– Zapalić, nie zapalić? A jeśli mi wybuchnie w ręce? Albo jeśli nie zdążę uciec? I dosięgnie mnie? E! Zapalę, ucieknę kilka kroków i położę się na ziemi.
Postanowione, zrobione. Leżałem na ziemi. Głowę schowałem w ramionach i nos wcisnąłem w ziemię, a właściwie w śnieg, którego jednak w lesie dużo nie było. Czekam. Nic. Nic i nic.
Lont zgasł znowu, ale tym razem tuż przy samym zapalniku. Stało się jasnym, że już dalej ryzykować nie wolno. Jeśli teraz zapalić, to jak amen w pacierzu wybuchnie w palcach. I po nich! A może jeszcze co gorszego.
– Co tu robić? – myślałem. – Przecież nie mogę tego zapalnika zmarnować! Musi wystrzelić! Już wiem, co zrobię. Położę zapalnik na kamieniu. Tu, na tym dużym. Potem nazbieram kamieni mniejszych i będę rzucał na zapalnik, aż go trafię. Jeśli trafię, musi strzelić.
Położyłem zapalnik na kamieniu. Przed tym zdmuchnąłem z niego śnieg. Nazbierałem kamieni. Odsunąłem się na kilkanaście kroków. Zacząłem rzucać kamieniami. Kiedyś umiałem dobrze rzucać kamieniami i celnie trafiać. Dziś nie mogłem ani rusz trafić.
– Co jest? Taki już ze mnie ślamazara?!
Skróciłem odległość o kilka kroków. Rzucałem. Nic. Chybiałem wciąż jeszcze.
– Ano, to przyjdę jeszcze bliżej! – i skróciłem odległość bodaj do trzech kroków. Stanąłem sobie za drzewem, żeby przynajmniej głowę za nim schować. Głowę i serce! Bo jeśli w głowę trafi, albo w serce, wtedy koniec. Nie miauknę!
Uchwyciłem dość duży kamień w prawą rękę. Stanąłem za drzewem. Wzrokiem dokładnie ustaliłem położenie zapalnika. Wiedziałem, gdzie leży. Mogłem już rzucić na pamięć.
– Uwaga! Raz, dwa, trzy!
Rozległ się straszliwy huk. Tym większy, że w lesie zwiększało go echo. W uszach zaczęło mi przeraźliwie dzwonić. Jakby na alarm! Jakby do ucieczki! Porwałem sie z miejsca i zacząłem uciekać! Dokąd!? To nie było ważne. Byle uciekać i byle jak najdalej od tego huku i od tego dzwonienia. Rwałem jak sarna. A gdy serce odmówiło posłuszeństwa i nie chciało dalej wspierać uciekających nóg, wtedy zatrzymałem się gdzieś w krzakach.
– Co się stało? – pytałem oszołomiony. Nadusiłem końcami palców na uszy. Przestało w nich dzwonić. Powoli ochłaniałem. Nagle uświadomiłem sobie, że coś chodzi mi po łydce. Zapewne jakiś robak dostał się pod nogawkę. Podniosłem nogawkę. Struchlałem. To nie robak. To krew! Prawdziwa, czerwona krew. Ciekła ciurkiem. Ranka była niewielka, ale musiała być głęboka. A może odłamek przebił żyłę? Hamowałem ją, jak mogłem. Przykładałem listki, szmatki. Nic. Ciekła wciąż.
– Dlaczego mnie to spotkało? – pytałem siebie i długo nie mogłem znaleźć zadawalającej odpowiedzi. Gdy ją wreszcie znalazłem, zarumieniłem się.
– Jakże mu tę szkodę naprawimy?
1W rzeczywistości po ponad stu latach od opisywanych wydarzeń trudno przy pobieżnym poszukiwaniu znaleźć w internecie jakiekolwiek informacje nie tylko o obecnych obyczajach strzelania na Śląsku w Boże Narodzenie, ale nawet o historycznych takich tradycjach w tym regionie.



