Nie boję się diabła!

Dwudziesta część wspomnień Ideały cielęcych lat. Obrazki z dzieciństwa w Jankowicach Rybnickich. To maszynopis Jana Paszendy z 1952 roku, który przeleżał dekady w domowych zakamarkach, by w końcu ukazać się Czytelnikom. To nie tylko nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa na Górnym Śląsku w początkach XX wieku, ale też bezcenny obraz codzienności u schyłku epoki pruskiej
Zwyczaj przychodzenia do domów św. Mikołaja jest na Śląsku bardzo rozpowszechniony i stanowi niemałą atrakcję dla młodych i starych.
Gdy byłem jeszcze bardzo mały, św. Mikołaj przychodził zwykle wtedy, gdy już spałem. Nie widziałem go więc, ale uwierzyłem, że był, bo zostawił zawsze jakieś podarunki. Gdy obudziłem się rano, pierwsza moja myśl zwracała się ku św. Mikołajowi.
– A św. Mikołaj był? – pytałem wycierając oczy
– Był, był! – odpowiadali wszyscy i mrugali tajemniczo. Jakoś wtedy zwykle wszyscy kręcili się koło mnie, jakby koniecznie chcieli widzieć, co mi przyniósł św. Mikołaj.
– A przyniósł mi co? – pytałem
– Św. Mikołaj przynosi tylko dobrym dzieciom. Jeśli byłeś dobry i grzeczny, to pewnie ci coś przyniósł.
– A gdzie to schował?
– Nie wiemy. Poszukaj! Może znajdziesz?
Więc zaczęło się szukanie. W łóżku, pod pierzyną, pod poduszką, pod prześcieradłem. Potem pod łóżkiem. Potem na oknie za firaną. Nic. Nigdzie nic nie było.
– Ty się lepiej najpierw ubierz! – doradzała matka, jakby się obawiała, że zaziębię się, chodząc po pokoju boso i w koszulince
Wtedy zasmucony poszedłem ubierać się. Zwykle kładłem ubranko na krzesełko koło łóżka. Wziąłem spodnioki, czyli gacie ze staniczkiem i wsunąłem w nie nogę. Noga nie chciała przejść przez nogawkę, zatrzymała się na czymś.
– Czemu się nie ubierasz? – pytała matka, ale zdawało mi się, że w jej słowach drgał jakby utajony śmiech
– Noga nie chce przejść przez nogawkę!
– To zobacz jeno, co tam jest?
Zobaczyłem. Nogawka była zawiązana w dwóch miejscach. I jakaś gruba pomiędzy związaniami.
– Aha! – krzyknąłem z triumfem – To tu mi coś schował św. Mikołaj!
– Ale, ale! Nie może być! Gdzież by tam św. Mikołaj chował ci co do spodnioków. Musi tam być co innego! – przekomarzała się matka
Po długich i żmudnych gmatwaniach udało mi się wreszcie wydostać z nogawki torebkę ze skarbami od św. Mikołaja. Były tam i pierniki, i orzechy, i nawet św. Mikołaj we własnej osobie, tylko że wypieczony z piernika, na którym była przylepiona kolorowa i błyszcząca jego podobizna. Były i rozmaite inne słodycze, najczęściej wyobrażające jakieś zwierzęta lub przedmioty. Co to było uciechy i radości, i opowiadania, i okrzyków zachwytu, i cmokania na podziw. Podczas gdy ja oddawałem się zachwytom, matka wycierała łzy z oczu. Spostrzegłem to.
– Czemu płaczecie?
Matka trzęsła się ze śmiechu, wycierała łzy, które lały się coraz obficiej, wreszcie mówiła:
– Widzisz, płaczę, bo św. Mikołaj przyniósł tobie tak dużo, a mnie nic.
– Nic? Toście pewno nie byli dobrzy i grzeczni? Ale nie płaczcie, ja wam dam.
I przybiegałem do matki i częstowałem ją tym, co dostałem od św. Mikołaja.
– Ale tego zajączka nie bierzcie!
– A czemu nie?
– Bo szkoda. Niech jeszcze pożyje!
– A ja bym chciała właśnie tego zajączka!
– No to weźcie!
– Nie, nie! Nie chcę! Niech sobie jeszcze pożyje! – zmieniała matka nagle zdanie i wzięła sobie jakiś tam najmniejszy cukierek
Ale św. Mikołaj nigdy nie chował swoich podarunków w te same miejsca. Co roku znajdowałem je w innej skrytce. To w trzewiku. To w rękawie od bluzki. To w czapce, która leżała wtedy zwykle gdzie indziej. Za każdym razem było zawsze dużo radości i szczęścia.
Później, gdy już byłem starszy, św. Mikołaj przychodził wcześniej, kiedy jeszcze nie spałem. Najpierw obwieścił swoje przyjście dzwonkiem. Gdy dzwonek zadźwięczał w sieni, wtedy wszyscy zrywali się z miejsc i szukali bezpiecznego kącika. Ja wtedy tuliłem się do matki, rozumując, że między fałdami jej szerokiej kiecki będzie mi najbezpieczniej.
Drzwi otwierały się powoli, potem do pokoju wsuwała się najpierw jakaś wysoka czapa, którą – jak się później dowiedziałem – nazywają infułą. Za czapą wsuwała się długa biała broda i jakaś zakręcona w górnej części laska. Reszta św. Mikołaja przypominała księdza, którego widywałem w kościele przy ołtarzu. Twarz miał św. Mikołaj uśmiechniętą, miłą, ale jakąś sztywną, nie zmieniającą wyrazu, choć mi się nieraz zdawało, że do jego słów należało zmienić nieco wyraz twarzy.
– Patrz, patrz! Św. Mikołaj zwraca się do ciebie, Janeczku!
– Jakże ci na imię?
– Janek! – odpowiadałem wpatrując się pilnie w jego twarz
– Hm, hm! Janek! No, piękne masz imię, piękne. A rodziców słuchasz to, słuchasz?
– Słucham.
– No, to dobrze. To dobrze. Trzeba słuchać rodziców, trzeba. A modlić się umiesz?
– Umiem.
– A przeżegnać się umiesz?
– Umiem.
– No, to przeżegnaj się i zmów modlitwę.
Przeżegnałem się z rozmachem, dokładnie, potem odklepałem i Ojcze nasz, i Zdrowaś, i Aniele Boży, i Chwała Ojcu. Jednym tchem. Ciągle wpatrując się w twarz św. Mikołaja lub jego poruszającą się brodę, kiedy na znak zadowolenia kiwał głową.
– Umiesz, umiesz! Pięknie umiesz! Tylko troszkę za prędko. Nie wiem, czy cię w niebie usłyszą, jeśli będziesz tak prędko i niewyraźnie mówił swoje paciorki. Do nieba daleko! Ho, ho! Daleko! A do nieba idzie dużo takich paciorków. I tylko te dochodzą do uszu Pana Boga i Matki Najświętszej, i Anioła Stróża, które są wymawiane wyraźnie, powoli, ze zrozumieniem. Ale ty się jeszcze tego nauczysz, prawda?
– Tak, nauczę się! – kiwałem głową.
– No to jesteś dobry synek, dobry synek. No, to trzeba ci też coś zostawić za to, że byłeś taki dobry.
I wręczał mi różne cuda. Torebkę ze słodyczami. To już zawsze. Czasem jakieś kredki i zeszyty do malowania. Czasem jakiegoś pajaca, który śmiesznie fikał nogami i szastał ramionami, gdy pociągało się za sznurek, który mu tam gdzieś zwisał między nogami. Czasem jakiś samochód do nakręcania. Czasem flintkę do strzelania. Zawsze radości było dużo.
Wręczywszy swoje dary, św. Mikołaj zaczynał się żegnać wzdychając i postękując.
– Ano, trzeba mi iść dalej! Tyle jeszcze dzieci czeka na mnie, a każde chce jakiś podarek. A nożyszka to mnie już bolą od tego chodzenia, oj, bolą.
– Odpoczniecie sobie w niebie, św. Mikołaju, jak skończycie swoją wędrówkę.
– Toć, toć! – przyznawał dobrodusznie św. Mikołaj. – Odpocznę sobie w niebie, odpocznę. Dobrze sobie odpocznę. A w tym niebie, mówię wam, to jest tak pięknie, pięknie, że ani wam nie mogę powiedzieć, jak pięknie. No, to zostańcie już z Bogiem. Trzeba mi iść!
– Z Panem Bogiem! Z Panem Bogiem! – mówili rodzice i wyprowadzili św. Mikołaja do sieni. Coś tam jeszcze z nim szeptali, potem wracali i pytali:
– No, pokaż, Janeczku, coż ci to przyniósł św. Mikołaj!
I wtedy zaczęło się oglądanie i cmokanie z podziwu, i częstowanie, i wspominanie dobrego Mikołaja.
– To ten św. Mikołaj szedł jeszcze do innych dzieci z podarkami! – pytałem zaciekawiony
– Nie słyszałeś to? Sam mówił!
– Ale to dziwne!
– Co?
– Co on tamtym dzieciom da?
– Jak to co? Podarki!
– Ale przecież wszystko, co miał zostawił u nas!
Rodzice spojrzeli po sobie, uśmiechnęli się, a ojciec odpowiedział poważnie.
– Musi on tam mieć gdzieś jakiś worek schowany na dworze. I z tego worka wyjmuje tylko tyle, co chce w poszczególnym domu podarować.
– Ahm! – Wątpliwości moje zostały rozproszone.
Tak mijały szczęśliwe lata beztroskiego dzieciństwa.
Pewnego roku, a musiałem już mieć z siedem, czy osiem lat, przechodziłem z matką w mieście obok jakiegoś okna wystawowego i tam ujrzałem maskę i brodę św. Mikołaja. Matka ciągnęła mnie za rękę i zachęcała, żebym szedł prędzej dalej, bo już nie ma czasu, ale ja opierałem się i oglądałem, by przyjrzeć się masce i brodzie.
Urok prysł. Po długich skomplikowanych rozmyślaniach dotarłem do jądra sprawy.
– Więc to tak? Już wiem. To żaden św. Mikołaj z nieba, tylko ktoś kupi sobie w mieście taką maskę z brodą, ustroi się jak biskup, nakupi sobie różnych podarków i chodzi po domach. A ja, głupi, myślałem, że to naprawdę przychodzi św. Mikołaj. Tylko kto to mógł być?
Ale św. Mikołaj tak zwykle dobrze się zamaskował, że niełatwo było wyśledzić, kto się ukrył pod jego szatami.
– W tym roku pewnie przyjdzie do nas św. Mikołaj z diabłem – powiedziała pewnego razu matka na parę dni przed św. Mikołajem.
– Z diabłem? – udawałem zdziwienie
– Z diabłem – potwierdzała matka
– Z takim prawdziwym? Z rogami? Z piekła?
– A skąd by? Czekaj, czekaj! Byłeś nieposłuszny. Dostaniesz od diabła.
– A co dostanę?
– A cóż by? Baty!
– Hm! – roześmiałem się – Nie boję się diabła!
– Nie boisz się?
– Nie.
– No, zobaczymy!
– Nie boję się! – twierdziłem stanowczo.
– Nie myśl, że cię będę broniła. Nie przychodź mi chować do kiecki. Nie będę cię broniła.
– Nie szkodzi. Nie boję się diabła.
Wieczór w dniu św. Mikołaja był pełen naprężonego oczekiwania.
– Przyjdzie, czy nie przyjdzie? Sam, czy z diabłem? Ach, żeby tak przyszedł z diabłem. Pokażę, że go się nie boję!
Nagle za drzwiami usłyszałem jakieś szmery, potem dźwięk dzwonka, potem dźwięk łańcucha.
– Św. Mikołaj! – powiedziała matka.
– I, zdaje mi się, z diabłem, bo brzęczą łańcuchy
Drzwi się otwarły. W drzwiach stanął św. Mikołaj i swoją laską niby wzbraniał wejść diabłu, który koniecznie chciał się dostać do mieszkania. Skakał, wywijał strasznymi rogami, potrząsał łańcuchem.
– Zostań, diable, za drzwiami! – mówił św. Mikołaj. – Jeszcze mi niewinne dzieci wystraszysz.
Ale niewinne dziecko, w mojej osobie, przeraziło się tak diabła, że jednym susem znalazło się pod łóżkiem. Spod łóżka zerkałem ku drzwiom i obserwowałem, co się będzie dziać dalej.
– Za drzwi! Zaraz! Nie wchodź mi tu bez pozwolenia. Widzicie, chłopca mi wystraszył! Nie bój się, nie bój, synku. Wyjdź spod łóżka! Diabeł nic ci nie zrobi! Nie wejdzie tu bez pozwolenia.
Ale synek nie ufał nawet tak świętej osobie jak św. Mikołaj. Wsunąłem się głębiej.
– Nie. Nie wyjdę! – powiedziałem stanowczo
Nalegania św. Mikołaja poparli nawet rodzice.
– Wyjdź, Janeczku, wyjdź! Jakże to! Nie wypada, żebyś spod łóżka rozmawiał ze św. Mikołajem.
– Wyjdź! Św. Mikołaj przyniósł ci zapewne coś dobrego!
– Nie chcesz przecież, żebym zawołał tu diabła?
– Nie boję się diabła! Niech przyjdzie!
Wtedy św. Mikołaj podszedł do drzwi, otworzył je i zawołał:
– Chodź tu, diable! Wyciągnij mi tego synka spod łóżka!
Diabeł wpadł do izby z piekielnym hałasem. Poskakał najpierw jak opętaniec po izbie, dzwonił łańcuchem, wywijał ogonem, mruczał po diabelsku, warczał jak pies, wreszcie zapytał ochrypłym głosem ludzkim:
– Gdzie jest?
– Tam! Pod łóżkiem! – wskazał św. Mikołaj.
Diabeł rzucił się pod łóżko. Na tę chwilę tylko czekałem. Machnąłem pięścią w czarny diabelski łeb. Zatrzeszczało mi coś pod ręką jak papier. Diabeł cofnął się wystraszony. Przez chwilę milczał. Zdawało mi się, że poprawia sobie maskę na twarzy. Potem znowu zaczął mruczeć. Pod łóżko wsunęło się coś cienkiego. Zapewne kij lub trzcina. Wsunąłem się w głębszy kąt pod łóżko. Diabeł począł wymachiwać trzciną pod łóżkiem, ale bezskutecznie. Trzcina mnie nawet nie dosięgała.
– Gdzieś się schował? Gadaj! – mruczał diabeł
– Szukaj, kiedyś taki mądry! – odpowiedziałem zmienionym głosem
Wtedy diabeł postanowił zbadać dokładnie, gdzie się zawieruszyłem. Położył trzcinę na podłodze i wetknął łeb pod łóżko. Patrzał. Tymczasem trzcina zniknęła mu sprzed nosa. Porwałem trzcinę i niewiele zamyślając zacząłem prać po diabelskiej głowie. Diabeł odskoczył. Zaklął siarczyście. Aż go św. Mikołaj musiał przywołać do porządku.
– Nie klnij tak szpetnie, diable!
– Kiedy mi porwał trzcinę! – poskarżył się diabeł
Wszyscy, prócz samego diabła, wybuchnęli śmiechem. I ja śmiałem się pod łóżkiem.
– A cóż to z ciebie za diabeł? Trzcinę sobie pozwalasz porwać takiemu małemu synkowi? Wstyd! – kpił św. Mikołaj z diabła.
Diabeł rzucił się znowu pod łóżko, ale natychmiast cofnął się, bo trzcina trzepała go bezlitośnie po głowie.
– Co tu robić? Jak go wydostać spod łóżka? Chyba cofniemy łóżko i zaatakujemy go z dwu stron.
– Tak, tak! – skrzeczał ochrypłym głosem diabeł i zaraz stanął z jednej strony łóżka. Po nogach zorientowałem się, że ojciec podchodzi do drugiej strony łóżka.
– Oj, źle! – pomyślałem. – Trzeba stąd nawiewać!
I kiedy diabeł z ojcem odstawiali łóżko, otwarły się nagle drzwi i przez otwarte drzwi wyprysnąłem jak strzała, unosząc ze sobą diabelską trzcinę.
– Ojej! Co to? Uciekł! – wykrzyknęła matka.
Po chwili usłyszałem piekielny hałas na schodach. To diabeł pędził za mną. Ale ja już byłem daleko w polu, gdy diabeł stanął przed domem. Pogroził mi tylko diabelską pięścią.
– Oj, złapię cię, złapię!
– To złap! – kpiłem sobie z niego z daleka
Po naradzie św. Mikołaj z diabłem poszli odwiedzać inne dzieci. Wtedy ostrożnie przelazłem z innej strony przez płot i, żeby nie marznąć na dworze, wylazłem po drabinie na strych nad stajnią, gdzie było dużo siana. Długo nasłuchiwałem, czy nie wrócą. Wrócili rzeczywiście po jakimś czasie, ale dowiedzieli się od rodziców, że jeszcze nie wróciłem.
– Dajcie mu już spokój dzisiaj! Zaziębi się jeszcze na dworze i zachoruje! – prosiła matka
Poszli. Ja jednak tej nocy nie wróciłem do mieszkania. Wolałem spać na sianie. A gdy rano przyszedłem do domu, powiedziałem:
– No i co mi zrobił diabeł? Nie boję się diabła.


